Oceny i omówienia

Niemcy w pięciu wcieleniach, tłum. Łukasz Gałecki, Edyta Kubikowska, Rosner i Wspólnicy, Warszawa 2008, 504 ss.
Oryginał książki Fritza Sterna brzmi: Five Germanys I have known, czyli w dosłownym tłumaczeniu powinno być: Pięć Niemiec, które poznałem. Brzmi to okropnie, dlatego pomysł translatorski z „wcieleniem” uznać trzeba za znakomity, można ewentualnie tylko sprzeczać się, czy słusznie zrezygnowano z dopełniacza „które poznałem”. Rzecz wyjaśnia się jednak już w pierwszych akapitach wstępu. Dzieło jako przedsięwzięcie edytorsko-badawcze świadomie zaplanowane i konstrukcyjnie pieczołowicie wykoncypowane, jest czymś raczej rzadko w piśmiennictwie historycznym spotykanym. Oto historyk-profesjonalista, profesor uniwersytetu i autor wielu wysoko ocenianych prac, postanawia wydać pracę, która byłaby kompozycją łączącą opowieści o własnym życiu oraz osobistych doświadczeniach i przeżyciach z wynikami długoletnich badań naukowych. Autorowi udaje się scalić indywidualne doznania z wymogami warsztatu historyka, czyli połączyć dwóch – jak ich nazywa – niesymetrycznych bliźniaków dzięki wykorzystaniu obszernych szczęśliwie zachowanych zasobów dokumentów osobistych. Są to tysiące listów, których autorami byli członkowie rodziny, ich bliscy i przyjaciele, zgromadzone w ciągu trzech pokoleń, a dotyczące „wszystkich możliwych tematów, jakim tylko można poświęcić myśli”. Ponadto Stern odwołuje się w pracy do własnych dzienników z ponad pięćdziesięciu lat i innych pamiątek nagromadzonych w osobistym archiwum. Różnorodność wykorzystanych źródeł sprawia, że praca nie jest wykładem respektującym rygory akademickiej narracji, lecz opowieścią niezwykle barwną, wielowątkową, przetykaną anegdotami, iskrzącą aforyzmami, zaskakującą pointami. Mamy więc z jednej strony do czynienia z dziełem niewątpliwie naukowym, zawierającym bogaty materiał analityczny na temat najnowszych dziejów Niemiec, ich współczesnych losów i międzynarodowego otoczenia, z drugiej zaś strony autobiografię intelektualisty i mentora, który nie tylko chce i umie poznać świat, ale pragnie go także zmienić zgodnie z wyznawanymi przez siebie wartościami liberalno-demokratycznymi. Zanim Stern przeszedł do charakteryzacji i analizy znanych sobie z autopsji pięciu wcieleń Niemiec, odmalował wcześniejszy obraz swoich stron ojczystych, tj. Wrocławia, z którym związane były co najmniej cztery pokolenia jego rodziny. On sam, urodzony w 1926 r., należał do zamożnej części wrocławskiego mieszczaństwa, jego przodkowie, także ojciec, byli wziętymi lekarzami. W rozdziale I pt. Niemcy moich przodków szczególnie interesująco przedstawione zostały dzieje Żydów (Stern jest pochodzenia żydowskiego), zwłaszcza przebieg procesu ich emancypacji, identyfikowania się z niemczyzną i w końcu ich konwersji. Opisy życia rodzinFRITZ STERN:

272

Oceny i omówienia

nego, zawodowego, obyczajowego i społecznego środowisk żydowskich mogłyby stanowić znakomite uzupełnienie do dzieła Nachuma T. Gidala1. Niezmiernie ważką i odkrywczą jest wpisana na marginesie opowieści o entuzjazmie towarzyszącym Niemcom w dniach wybuchu I wojny światowej, a następnie o praktykach poniżania rekrutów, uwaga Sterna, że „brutalizacja życia, jakiej doświadczyli żołnierze biorący udział w pierwszej wojnie światowej, mogła przygotować powstanie świata, w którym przyglądano się bez wszelkiego współczucia barbarzyństwu obozów koncentracyjnych w następnej wojnie”. W ogóle wojna w świetle listów i opowieści jej uczestników stanowi dla Sterna przedmiot głębokich analiz na temat podatności Niemców na zmianę nastrojów. Nigdzie na świecie wybuchowi wojny nie towarzyszyły orgie nacjonalistyczne w takich rozmiarach i nasileniu, jak w Niemczech, ale też nigdzie po czterech latach mordęgi pożegnanie z wojną nie było tak dramatyczne i spektakularne, w tak silnie podzielonym i wzajemnie nieufającym sobie społeczeństwie. Pierwsze wyróżnione przez autora wcielenie Niemiec to Republika Weimarska, która powstała w tym samym właściwie czasie, w którym rodzice Sterna zawarli związek małżeński. Upadek Weimaru przeżył jako siedmioletni chłopiec, wiedzę o Republice czerpał więc nie z autopsji, lecz ze studiów i późniejszych badań. Zachował o niej dobrą pamięć, mimo że stała się ona synonimem politycznej klęski, a wszelkie objawy kryzysu systemu politycznego zwykło się określać jako syndrom Weimaru. „Czasem jednak – zaznacza Stern – wspomina się ten okres jako czas niepowstrzymanej kreatywności w dziedzinie kultury, co niewątpliwie odpowiada prawdzie”. Cokolwiek dobrego by nie powiedzieć o Republice Weimarskiej jako o bądź co bądź pierwszym w historii Niemiec państwie liberalno-demokratycznym, to jednak jej głównym grzechem, którego Stern jej nie wypomina, było to, że nie potrafiła obezwładnić nazizmu, że w gruncie rzeczy go wyhodowała. Powstanie Trzeciej hitlerowskiej Rzeszy, to kolejne doświadczone przez autora wcielenie Niemiec, wcielenie okrutne, wręcz szatańskie, nazywane czasami pogardy. Zastanawiając się nad łatwością, z jaką udało się Hitlerowi przejąć rządy, Stern za najbardziej zdumiewające uważa to, że niemieckie elity z miejsca poparły nową władzę, sumiennie wypełniając obowiązki narzucone przez rządzących zbrodniarzy. „Nigdy dotychczas – powiada autor – nowoczesna, wykształcona i cywilizowana grupa społeczna tak łatwo nie porzuciła, nie zdradziła i nie pogwałciła najbardziej podstawowych praw obywatelskich”. Rzucała się w oczy kompletna atrofia odwagi cywilnej, a w stosunkach międzyludzkich brak elementarnej przyzwoitości. Stern tłumaczy te odrażające postawy i zachowania tym, że ludzie po prostu nie byli w stanie wyobrazić sobie ogromu zbrodni, która miała nadejść, a także obezwładniającym strachem. Prawdziwe zawalenie się świata przeżyła półmilionowa społeczność niemieckich Żydów, zwłaszcza intelektualiści i oświecone mieszczaństwo, kulturowo i emocjonalnie zasymilowani z niemieckością, a teraz nagle uznani za rasę „podludzką”, nienadającą się do normalnego współżycia z niemieckimi „nadludźmi”. Stern obrazuje los zgotowany Żydom przez nazistów na przykładzie Fritza Habera, laureata Nagrody Nobla, chrześcijańskiego konserwatysty, organizatora nauki w Niemczech, wynalazcy iperytu, którego – nie zważając na jego bezsporne zasługi dla Rzeszy – zmuszono do emigracji. Również najbliższej rodzinie Sternów grunt zaczął się palić pod nogami, toteż rodzice Fritza, który nawiasem mówiąc dopiero w 1933 r. dowiedział się o tym, że jest Żydem, podjęli starania o znalezienie zatrudnienia za granicą.
1

N.T. Gidal, Die Juden in Deutschland von der Rőmerzeit bis zur Weimarer Republik, Gűtersloh

1988.

Oceny i omówienia

273

Udało się to 30 września 1938 r., nową ojczyzną były Stany Zjednoczone. Wkrótce po zainstalowaniu się Sternów w Nowym Jorku naziści urządzili w Niemczech masowy pogrom Żydów (Kristalnacht – Noc kryształowa), po którym nawet nieuleczalni optymiści musieli wyzbyć się nadziei odnośnie do przyszłości, jaką im hitlerowcy gotują. Autor – sam już wraz z najbliższymi bezpieczny – opisuje niewyobrażalne przejścia, jakie przytrafiały się krewnym i przyjaciołom żydowskim, którzy w ostatniej chwili próbowali uciec z krajów zajmowanych przez zwycięskich Niemców i dobrnąć do zbawczych Stanów Zjednoczonych. Fritz Stern doprowadził pamiętnik do 1940 r., tj. do kapitulacji Francji, opuszczając zasłonę na dalszy ciąg wojny i jej przebieg w Europie, Afryce i Dalekim Wschodzie, a także na Holocaust, wznowił swoją opowieść rozdziałem piątym pt. Kiedy Niemiec nie było. Chodzi o okres od kapitulacji III Rzeszy w dniu 8 maja 1945 r. Zdarzyła mu się przy tym gaffa, dziwne że niezauważona przez korektorów i tłumaczy, mianowicie na s. 153 wzmiankuje o decyzjach zapadłych na konferencji poczdamskiej z udziałem Wielkiej Trójki (Churchill, Roosevelt, Stalin) w lipcu 1945 r., po czym na następnej stronie przypomina o śmierci Roosevelta w kwietniu 1945 r. Pomiędzy 1945 a 1949 r. stawał się kolejno obywatelem amerykańskim, ukończył studia, został nauczycielem ma Uniwersytecie Columbia, ożenił się w wieku 21 lat z kobietą o kilka lat starszą, urodził mu się syn, a jednocześnie – jak powiada – uświadomił sobie swoje europejskie dziedzictwo. Utrzymywał kontakty, najczęściej korespondencyjne, z dawnymi europejskimi przyjaciółmi, a jednocześnie bezustannie powiększał krąg współpracowników i kolegów amerykańskich. Pilnie śledził wydarzenia polityczne w Europie, w szczególności w Niemczech. Z perspektywy amerykańskiej, surowo oceniał wiarołomną imperialną politykę ZSRR wobec krajów Europy Wschodniej, m.in. także Polski, ale ostro przeciwstawiał się psychozie antykomunistycznej. „Żyłem całkowicie zanurzony w realiach amerykańskich – wyznaje Stern – jednak silnie motywowało mnie przywiązanie do Europy i ciekawość wobec niej”. W październiku 1949 r. powstało nowe państwo niemieckie, Republika Federalna Niemiec, które Stern uznał za trzecie wcielenie „swoich” Niemiec. Poświęcił mu rozdział szósty. Po raz pierwszy pojechał do RFN latem 1950 r., drugi pobyt przypadł na rok 1954, przez semestr letni miał Stern wykładać na Freie Universität w Berlinie Zachodnim. Tu ponownie wydarzyła się wpadka korektorska, znacznie bardziej konfudująca, gdyż parokrotnie powtórzona i do końca nieskorygowana, a mianowicie autor opisuje swoją obecność na obchodach dziesiątej rocznicy zamachu na Hitlera podjętej – jak napisał – 20 czerwca 1944 r., podczas gdy wydarzenie miało wszak miejsce 20 lipca! Zaproszenia z RFN otrzymywał Stern coraz częściej, m.in. przewodniczący Towarzystwa Niemieckich Historyków, Karl-Dietrich Erdmann, zaproponował mu uczestnictwo w dyskusji panelowej na temat I wojny światowej z okazji pięćdziesięciolecia (tu znowu nieprzyjemne potknięcie korektorskie – w książce napisano: w piętnastą rocznicę) jej wybuchu. Dyskusja dotyczyła w rzeczywistości książki Fritza Fischera pt. Griff nach der Weltmacht, której główną tezą była odpowiedzialność kaiserowskich Niemiec za przygotowanie i wybuch wojny, co spotkało się z niezwykle gwałtownym sprzeciwem większości niemieckiego środowiska historycznego. Otóż wystąpienie Fritza Sterna w czasie panelu przesądziło o tym, że w naładowanej emocjami polemice zwyciężyli stronnicy Fischera. Dzięki temu wystąpieniu, nagłośnionemu przez środki masowego przekazu, Stern stał się w Niemczech znany i poniekąd popularny. Dzięki temu jego kontakty z Europą i Niemcami znacznie się nasiliły. W rozdziale szóstym, który kończy się mniej więcej na roku 1980, zwierza się Stern ze swego aktywnego uczestnictwa w wietnamskim ruchu antywojennym i w zapoczątkowa-

274

Oceny i omówienia

nych w 1968 r. rozruchach studenckich, ustosunkowuje się do takich wydarzeń, jak wojna na Bliskim Wschodzie, najazd na Czechosłowację, powstanie KBWE, ocenia swoje uczestnictwo w światowych kongresach historyków, zawiązuje nowe znajomości i przyjaźnie, m.in. z Ralfem Dahrendorfem, Marion hrabiną von Dőnhoff, Helmutem Schmidtem, Raymondem Aronem i wieloma innymi. Utrwalił swoją pozycję na Uniwersytecie Columbia i zyskał renomę międzynarodową. Przede wszystkim jednak wzbogacił swój dorobek twórczy, przy czym szczególnie wysoko sobie cenił dzieło Złoto i żelazo. Bismarck, Bleichrőder i budowa Cesarstwa Niemieckiego (1976), któremu poświęcił szesnaście lat pracy. Niemiecką Republikę Demokratyczną określił Fritz Stern jako „zapomniane czwarte Niemcy”. System społeczno-polityczny NRD i jego establishment budził w nim wyraźną odrazę, natomiast do społeczeństwa tego kraju odnosił się ze współczującą sympatią. Ze zgorszeniem odnotowuje fakt, iż w RFN w środowiskach, w których się obracał, wiedza o sprawach braci zza Łaby jest znikoma i że postępująca, skądinąd pożądana, integracja z Zachodem powoduje zanik zainteresowania kwestią zjednoczenia Niemiec. „Tak więc – powiada autor – jedne i drugie Niemcy stopniowo się od siebie oddalały. Okrzyczany niemiecki nacjonalizm nie był dość silny, aby podtrzymać wspólną tożsamość. Wielu Niemców zachodnich skrzętnie pozbywało się narodowościowych uczuć i przyjmowało zachodnioeuropejską tożsamość; pojawiła się u nich nieoficjalna obojętność wobec ’braci i sióstr’ na wschodzie”. Po raz pierwszy Stern bezpośrednio zetknął się z NRD latem 1954 r., lecz na dłuższy pobyt zdobył się dopiero w 1961 r., kiedy to spędził kilka miesięcy w archiwach w Poczdamie i Merseburgu. W następnym roku ponownie zjawił się w tych samych miejscach. Uległość ludności NRD tłumaczył autor tym, że najbardziej obrotni i odważni mieszkańcy uciekali do RFN, a poza tym Niemcy nie mieli tradycji cywilnej odwagi. „Zbyt wielu Niemców – mówi Stern – potulnie chyliło kark pod narodowym socjalizmem, podczas gdy historia Polaków, to niemal w całości bohaterska, choć czasem daremna historia oporu”. Opowieść o NRD kończy autor interesującymi, ale niezbyt klarownie wyłuszczonymi rozważaniami na temat paradoksalnej sytuacji reżimu Honeckera, który zaczął łagodzić stanowisko wobec Zachodu, broniąc się jednocześnie przed reformami gorbaczowskimi wprowadzanymi na Wschodzie. Pisze też o zafascynowaniu osobą papieża Jana Pawła II, z którym spotkał się na konferencji w Castel Gandolfo: „Pamiętam papieża w pełnym zdrowiu, jako wspaniale ludzkiego duszpasterza, a zarazem miłą, głęboko współodczuwającą osobę”. Niemniej życzliwie ocenia nowo wybranego sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa i jakby mimochodem formułuje krytyczną uwagę pod adresem historyków, którzy skupiając się głównie na sile „bezimiennych mas” zapomnieli o niezwykłym wpływie, jaki na scenę światową może wywrzeć pojedynczy człowiek. W zestawieniu z dotychczasowym tokiem pamiętnika Fritza Sterna, rozdział VIII jego książki pt. Niemieckie wątki w obcych krajach ma osobliwą treść i wymowę. Autor zdecydował się na podróż dookoła świata, korzystając z urlopu naukowego Uniwersytetu Columbia i stypendium Fundacji Forda i w kwietniu 1977 r. ruszył w podróż do Algieru, przez Egipt, Izrael, Iran, Indie, Indonezję, Singapur, Hongkong, aż do Japonii. Powrót nastąpił po czternastu miesiącach (tu kolejne niedopatrzenie korektorskie: w książce napisano – latach), a po krótkotrwałym pobycie w Nowym Jorku podjął dalszą wędrówkę, tym razem do Ameryki Południowej (Brazylia, Argentyna i Kolumbia). Ślady niemieckości odkrywane przez autora w trakcie tych wędrówek na ogół nie były ani zbyt liczne, ani też szczególnie wyraziste. W 1979 r. był Stern wykładowcą w Paryżu, później właściwie bezustannie podróżował: do Izraela, Danii, Szwecji, RFN, Włoch. I wreszcie udało mu się uzyskać zaproszenie

Oceny i omówienia

275

do odwiedzenia Związku Radzieckiego, głównej ostoi zimnej wojny. Spotkania w Moskwie i Leningradzie z oficjalnymi osobami odnotował z sympatią, a nieformalne kontakty z dysydentami zgoła z zachwytem, „na koniec jednak – tak napisał – z radością opuściłem to więzienie”. W drodze powrotnej z ZSRR Sternowie zatrzymali się w Polsce. Stern spotkał się ze Stefanem Nowakiem, z biskupem Jerzym Dąbrowskim, Stanisławem Stommą, Mieczysławem Rakowskim, najsilniej przeżył rozmowę z Bronisławem Geremkiem i Adamem Michnikiem, dzięki którym – jak stwierdził – „stałem się wkrótce niezłomnym polonofilem”. Sternowie pozwolili sobie jeszcze na wypad do Poznania, który ich zachwycił i Wrocławia, a także w kierunku Sudetów, w okolice, które przed wojną Fritz odwiedzał ze swoimi rodzicami. W czasach stanu wojennego Stern angażował się bardzo aktywnie w organizowanie pomocy dla Polaków; Wojciecha Jaruzelskiego zdecydowanie potępiał i ostro pokłócił się z Marion Dőnhoff, która decyzję generała uważała za konieczną. Sprzeczka nie naruszyła ich przyjaźni, „także jej głęboka sympatia – jak zauważył Stern – do Polaków pozostała niewzruszona”. Rozdział IX książki Nowe spojrzenia na kwestię niemiecką stanowi próbę podsumowania przez autora jego dotychczasowych doświadczeń w działaniach na rzecz zapewnienia Niemcom pozycji państwa nie w pełni równorzędnego z mocarstwami światowymi, lecz współdecydującego o stanie polityki międzynarodowej oraz skonfrontowania ich z gotowością samych Niemców do przyjęcia rangi partnera krajów przewodzących światu. Nowa pozycja RFN obudziła – zdaniem Sterna – stare lęki, „w świecie polityki i w umysłach samych Niemców znowu pojawiła się tak zwana kwestia niemiecka – dokąd zmierzają Niemcy?”. Co prawda społeczeństwo zachodnioniemieckie funkcjonowało zupełnie dobrze, jego instytucje demokratyczne były silne i sprawne, a kultura polityczna lepiej niż kiedykolwiek dotąd dostrojona do Zachodu, pozostawała jednak nierozstrzygnięta kwestia: jak Niemcy radzą sobie z brzemieniem przeszłości? O ciągłej aktualności tego pytania świadczył między innymi spór na temat tzw. drogi odrębnej (Sonderweg) w rozwoju Niemiec2. Stern zaangażował się w działalność licznych amerykańsko-niemieckich instytucji stawiających sobie za cel wzajemne poznanie się znanych intelektualistów i polityków, których często w sposób bardzo interesujący charakteryzuje. Na przykład dowiadujemy się od niego o sympatii, z jaką kanclerz Helmut Schmidt odnosił się do Polaków, o przyjaźni jaką darzył Edwarda Gierka, o dystansie zachowywanym wobec „Solidarności” itp. Autor uczestniczył w licznych spotkaniach i konferencjach naukowych poświęconych problematyce niemieckiej, obfitujących w niezwykle interesujące epizody. Wspomina na przykład o trzydniowym sympozjum w Berlinie Zachodnim, w czasie którego filozof Hermann Lűbbe „w znakomitym referacie twierdził, że właśnie połowiczność powojennej denazyfikacji w zasadniczej mierze zapewniła sukces bońskiej demokracji; gruntowna denazyfikacja, na którą tak wielu liczyło, doprowadziłaby do ekspatriacji milionów i już na wstępie przysporzyłaby nowej władzy zawziętych wrogów typu weimarskiego”. Stern uważa to stwierdzenie za „istotną korektę”, która wszakże nie usprawiedliwia „jawnych przypadków zostawiania winowajców na ważnych stanowiskach”. Częste kontakty z Niemcami i serdeczne przyjaźnie z nimi nawiązywane odmieniły gruntownie nastawienie Fritza Sterna do narodu niemieckiego i do niemieckości w ogóle. Porzucił
Por. Sonderweg. Spory o „niemiecką drogę odrębną”, wybór, opracowanie i wprowadzenie H. Orłowski, Poznań 2008.
2

276

Oceny i omówienia

z czasem zapiekłą nienawiść do dawnych prześladowców i przyjął postawę badacza – racjonalisty w sposób bezstronny i trzeźwy próbującego dociec przyczyn masowej deprawacji, jaka stała się udziałem Niemców za sprawą nazizmu. Intrygowała go zwłaszcza uległość i poddanie się reżimowi hitlerowskiemu przez elity intelektualne, które – jak na przykład środowisko akademickie – niewiele w gruncie rzeczy ryzykując, nie odważyło się stanąć w obronie kolegów – uczonych żydowskich i „nie-Aryjczyków” zwalnianych ze stanowisk profesorskich i innych urzędów publicznych. Z drugiej strony stał się Stern bardziej wyrozumiały dla ludzkich słabości i dochodził do wniosku, że „nie trzeba było być potworem, by popierać narodowy socjalizm”, co wszakże nie oznaczało, iżby w triumfie nazizmu nie dostrzegał czegoś niewytłumaczalnego, co gryzło jego zawodowe i prywatne sumienie. O ciągłej obecności w życiu publicznym RFN tzw. kwestii niemieckiej świadczyły – zdaniem autora – takie wydarzenia lub tylko epizody, jak nietaktowne życzenie kanclerza Kohla, żeby Niemcy wzięły udział w obchodach upamiętniających lądowanie aliantów w Normandii, albo jego naleganie, aby wspólnie z prezydentem Reaganem złożyć wizytę na cmentarzu wojskowym w Bitburgu, gdzie pochowano żołnierzy osławionych Waffen SS. Na szczęście tenże Kohl był szczerze zaangażowany w umacnianie wspólnoty europejskiej. Nie brak też było w życiu RFN wydarzeń wskazujących na istnienie w świadomości wielu Niemców poczucia odpowiedzialności za zbrodnie nazizmu. Świadczyło o tym wspaniałe przemówienie prezydenta RFN Richarda Weizsäckera z okazji 40-lecia kapitulacji III Rzeszy, a także przebieg i wyniki tzw. Sporu historyków (Historikerstreit). W czerwcu 1987 r. spotkało Sterna bezprecedensowe wyróżnienie: zaproponowano mu wygłoszenie przemówienia na uroczystym posiedzeniu Bundestagu z okazji rocznicy buntu robotników NRD w 1953 r., któremu w RFN nadano rangę święta narodowego. Autor szczegółowo relacjonuje przebieg tego wydarzenia, a zwłaszcza kontrowersyjnego przyjęcia jego przemówienia przez środki masowego przekazu w RFN. Na końcu rozdziału opowiada Stern w skrócie o załamaniu się systemu ustrojowego w tzw. krajach demokracji ludowej, w szczególności o upadku muru berlińskiego. O polskim przodownictwie w „obalaniu komunizmu” nie ma wzmianki. Ostatni rozdział X książki pt. Niemcy po zjednoczeniu. Druga szansa? dotyczy piątego wcielenia Niemiec, czyli procesu zjednoczeniowego, polegającego na przyłączeniu się NRD do RFN. Autor był czynnym aktorem tego historycznego przedsięwzięcia, biorąc udział w dużej liczbie wykładów i seminariów na temat znaczenia i skutków tego faktu. Przez jakiś czas myślał nawet o ewentualności przeniesienia się do Niemiec Wschodnich. W swoich opowiadaniach zajmuje się autor przede wszystkim trudnościami, z jakimi borykać się musiał rząd Republiki Federalnej, podejmując dzieło dostosowania rozwoju gospodarczego, technologicznego i cywilizacyjnego tzw. nowych krajów do stanu osiągniętego przez Niemcy Zachodnie. W 1993 r. nowo mianowany ambasador Stanów Zjednoczonych w Niemczech Richard Holbrook zaproponował Sternowi objęcie stanowiska szefa jego doradców. W ten sposób przez pięć miesięcy pełnił on misję, która przysporzyła mu wiele doświadczeń i poszerzyła krąg interesujących przyjaciół i znajomych. Bardzo wysoko ocenił i mile wspominał znajomość z polskim ambasadorem Januszem Reiterem. Nadal korzystał z zaproszeń do Niemiec, zajmując się m.in. pojednaniem na wielu płaszczyznach Niemców z b. NRD i RFN. Niezwykle surowo potraktował znaną książkę Daniela Goldhagena Gorliwi kaci Hitlera, zarzucając jej nierzetelność i prymitywną argumentację. Z wielką satysfakcją przyjął przyznanie mu w 1996 r. dorocznej Nagrody Kulturalnej Śląska (przy wręczaniu laudację wygłosił Broni-

Oceny i omówienia

277

sław Geremek), a także wyróżnienie niemieckim orderem Pour la Mérite. Włączył się też do dyskusji nad szokującym wystąpieniem znanego pisarza Martina Waltera w 1998 r. po wręczeniu mu Pokojowej Nagrody Księgarzy Niemieckich. Nawiasem mówiąc nagrodę tę za rok 1999 przyznano Sternowi, a laudację wygłosił znowu, tym razem na jego życzenie, Bronisław Geremek. Tym niezwykle radosnym i podniosłym zarazem epizodem kończą się wspomnienia Fritza Sterna. W opisie spraw ściśle osobistych, stanowiących jeden z nurtów książki zaskakuje informacja, iż w 1989 r. rozwiódł się z żoną Peggy i związał się z nową towarzyszką życia Elisabeth Sifton. Epilog książki składa się z opisu dwóch jaskrawo różniących się wydarzeń. Pierwsze to relacja o chorobie, ostatnich miesiącach życia, śmierci i pogrzebie Marion Dőnhoff. Drugie to przebieg uroczystości z okazji trzechsetnej rocznicy Uniwersytetu Wrocławskiego, na której Fritz Stern wygłosił odczyt Odbudowa Europy. Następnego dnia, 16 listopada 2002 r. Uniwersytet nadał mu akademicki tytuł doktora honoris causa. Głęboko wzruszony Fritz Stern kończy swoją księgę-wspomnienie słowami: „Wróciłem do miejsca, z którego pochodzę. Dotknąłem świata, który mnie ukształtował. I czułem, że to było dobre. Nadal to czuję”. O walorach poznawczych dzieła Fritza Sterna pisałem już we wstępie tego artykułu, pozostaje mi więc tylko raz jeszcze rekomendować go czytelnikowi. Chcę na zakończenie wyrazić z jednej strony uznanie znakomitym tłumaczom za świetny przekład książki i z drugiej strony zdziwienie, że jako autorom bardzo pożytecznych i kompetentnych przypisów nie przyznano im statusu redaktorów tomu. Władysław Markiewicz

Niemcy. Publicystyczny obraz w „Pionierze”/„Słowie Polskim” 1945-1989, Oficyna Wydawnicza ATUT – Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2008, 649 ss.
Autor imponującego swymi rozmiarami dzieła, adiunkt w Zakładzie Kultury Krajów Niemieckojęzycznych i Śląska w Instytucie Filologii Germańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, swymi zainteresowaniami obejmuje stosunki polsko-niemieckie w przeszłości i teraźniejszości, kulturę krajów niemieckojęzycznych i Śląska oraz język propagandy politycznej. Zrozumiałe więc, że przedmiotem jego rozprawy doktorskiej obronionej pod koniec 2006 r. (w druku została zaprezentowana jej rozszerzona wersja) stało się niemal półwiecze ukazującej się na Dolnym Śląsku gazety w aspekcie publicystycznego obrazu Niemiec i Niemców po drugiej wojnie światowej od jej zakończenia po finalizację procesu normalizacji stosunków między Niemcami a Polską. Prasa – zanim w masowej skali na pierwszy plan wybiła się telewizja, a obecnie coraz większą rolę, choć w ograniczonym jak dotąd zakresie, Internet – obok radia stanowiła w ubiegłym stuleciu zasadnicze źródło informacji o kulturze politycznej społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że obok medioznawców interesują się nią historycy, politologowie, filologowie, socjologowie i reprezentanci innych dyscyplin humanistycznych. Na ogół jednak efekty ich badań rzadko są oparte na analizie zawartości jednego tytułu, choć – trzeba przyznać – ich liczba systematycznie wzrasta. Nie tu miejsce na egzemplifikację, zresztą sporo przykładów

MARCIN MIODEK:

278

Oceny i omówienia

znajdziemy w obszernej bibliografii omawianego dzieła (s. 613-624). Nie znajdziemy w niej jeszcze prac Marcina Miodka, którym może kierowała modestia, bo przecież prasie dolnośląskiej poświęcił (dodajmy, że jest również absolwentem dziennikarstwa) dwa interesujące artykuły: Osierocone Adolfki – germańska hydra. Publicystyczny obraz Niemca na łamach „Pioniera” – pierwszego polskiego dziennika dolnośląskiego po II wojnie światowej (w pracy zbiorowej pod red. Marka Hałuba, Silesia Philologica. I Kongres Germanistyki Wrocławskiej, Wrocław 2002, s. 350-362) oraz Karikatur als Mittel antideutscher Soziotechnik in der niederschlesischen Presse 1945-1949 (w tomie pod red. Marka Hałuba i Franka Stucke, Wrocław – Berlin. Germanistischer Brückenschlag in deutsch – polnischen Dialog. II Kongress Breslauer Germanistik. Bd 4: Kulturwissenschaft, Wrocław – Dresden 2006, s. 155-168). Ten drugi artykuł obejmuje swym zasięgiem nie tylko analizowaną fragmentarycznie w poprzednim gazetę, ale dotyczy również innych śląskich tytułów prasowych. Swoje credo wyłożył autor w rozdziale wstępnym, w którym omówił stan badań (słusznie zwrócił uwagę nie tylko na osiągnięcia, ale i na niedostatki i potrzebę podjęcia kolejnych tematów) oraz ich metodologię: czytelnika od razu uspokoił informacją, że mają one charakter interdyscyplinarny, bowiem obok bliskiego sobie aspektu filologicznego zadeklarował uwzględnienie również socjotechniki oraz nauk historycznych wraz z niemcoznawstwem, co uczenie nazwał trilateralnym charakterem metod badawczych. Kwestiom tym poświęcił interesujące, może nawet zbyt rozbudowane, uwagi w dalszej części wstępu; wynika z nich, że na uboczu raczej pozostawia typowe medioznawstwo. Potraktował jednak je w stopniu wystarczającym, prezentując ukazującego się od końca sierpnia 1945 r. „Pioniera”, który z początkiem listopada, czyli po dwóch miesiącach zmienił tytuł na „Słowo Polskie”. Pod tym tytułem dziennik przetrwał czasy spokoju i burz politycznych, stanowiąc w drugiej połowie XX w. gazetę o najszerszym na Dolnym Śląsku – oczywiście obok licencjonowanego organu PZPR „Trybuna Dolnośląska”/ „Gazeta Robotnicza”/ „Gazeta Wrocławska”). Początkowo zresztą, do lutego 1946 r., nie miał tego konkurenta, przez cały zaś czas cieszył się formalną bezpartyjnością. Na dobrą sprawę autor mógł w tytule dzieła ograniczyć się do nagłówka „Słowo Polskie”, jako że „Pionier” wprawdzie dzierżył palmę pierwszeństwa, lecz stanowił jedynie incydentalne wprowadzenie bytowania do swego długowiecznego kontynuatora. M. Miodek słusznie poświęca nieco miejsca owej demonstrowanej w pierwszych latach niezależności, a także polityce prasowej Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” i osobie Jerzego Borejszy (1905-1952). Już w połowie 1947 r., co było oznaką nadchodzących czasów stalinowskich, owa „łagodna rewolucja” z woli kierownictwa PPR musiała ustąpić miejsca bardziej radykalnym postawom. W tej wstępnej charakterystyce zabrakło miejsca dla kadry dziennikarskiej (przewinęły się jej znaczne zastępy, w tym sporo nazwisk znanych i uznanych), a zwłaszcza redaktorów naczelnych. Autor wykazał się znajomością bogatej literatury niemcoznawczej, skrupulatnie wykorzystał piśmiennictwo dotyczące analizowanej gazety, która doczekała się przyczynkarskich wspomnień czy miejsca w zarysach syntetycznych dziejów prasy na ziemiach zachodnich, ale nie gruntownej monografii, na jaką bezdyskusyjnie zasługuje. Tematu rozprawy dotykają również artykuły dotyczące obrazu Niemców w prasie śląskiej. Tymczasem tylko w kilku pierwszych latach (1945-1949) zachodniego sąsiada Polski dotyczyło około 10 tys. artykułów, z czego 25% miało charakter priorytetowy, o czym świadczy umieszczanie ich na eksponowanym miejscu (pierwsza lub druga strona). Zgodzić się należy z twórcą dzieła, że najbardziej zbliżoną metodologicznie do jego założeń postawę przyjął Stefan Garsztecki, dobrze obeznany z polskimi realiami badacz kultury politycznej, zwłaszcza w opublikowanym

Oceny i omówienia

279

w 1997 r. bogato udokumentowanym studium pt. Das Deutschlandbild in der offiziellen, der katholischen und der oppositionellen Publizistik Polens 1970-1989. Ujęcie komparatystyczne pozwoliło ukazać złożony charakter opinii wyrażanych przecież w dobie istnienia cenzury, stanowi więc również przyczynek do dziejów tej instytucji w końcowej fazie jej działania. Zagadnienia wstępne zostały omówione precyzyjnie, może aż nazbyt, choć jest to dobra strona tej wnikliwej i bogatej (nie tylko objętościowo) rozprawy. Część analityczna dzieli się na dwa bloki. W pierwszym materiały prasowe (autor nazywa je „aktami komunikacyjnymi”) są, jak pisze, podmiotem. Pod tym określeniem kryją się trzy rozdziały, z których pierwszy nasycony jest rozważaniami teoretycznymi, choć wtopionymi w realia, i dotyczy charakterystyki zachodniego sąsiada w propagandzie (Charakterotyp i fenotyp niemiecki, s. 39-83), a dwa następne, zdecydowanie obszerniejsze, zwłaszcza pierwszy, wizerunkowi obu części rozbitych politycznie powojennych Niemiec: 2. Zachodnie strefy okupacyjne – Republika Federalna Niemiec, s. 85-253; 3. Sowiecka strefa okupacyjna – Niemiecka Republika Demokratyczna, s. 255-350. Łatwo więc zauważyć – w pełni uzasadnioną – dysproporcję między obrazem bezpośredniego sąsiada i tego drugiego, oddzielonego terytorialnie członkiem „bratniej rodziny socjalistycznej”. Bardziej odpowiednie byłoby, nawiasem mówiąc, posługiwanie się tym określeniem, niż używanym nagminnie „komunizmem”, którego w polskiej propagandzie minionej epoki nie było, a został stworzony przez nią dopiero po upadku poprzedniego systemu. Część druga rozprawy (obie są w przybliżeniu objętością sobie równe) nosi tytuł: Niemcy jako przedmiot instrumentalizacji w działaniach socjotechnicznych „Pioniera”/ „Słowa Polskiego”, który to tytuł bardziej czytelnymi czynią nagłówki czterech tworzących ją rozdziałów: 4. „Straszak niemiecki” a podmioty polskie, s. 353-445; 5. „Karta niemiecka” wobec podmiotów zagranicznych, s. 447-602, tu osobno potraktowano państwa niekomunistyczne: USA, Francja, Anglia, Watykan i in. oraz wybrane poza Europą; następnie blok wschodni określony mianem komunistycznego i na koniec organizacje ponadpaństwowe – NATO i „Europę”, pod którym to pojęciem autor traktuje drogę do zjednoczenia zachodniej jeszcze tylko części kontynentu od zakończenia drugiej wojny światowej do schyłku XX w. Analiza obejmuje niemal półwiecze najnowszych dziejów, w którym dokonały się daleko idące zmiany w dziejach Europy, w tym na płaszczyźnie polsko-niemieckiej. Mimo zewnętrznej brutalnej obustronnie propagandy w stosunkach między Polską i zachodnią częścią Niemiec, to właśnie między nimi, nie bez udziału „tajnej” dyplomacji (ludzie nauki i kultury) dokonywało się faktyczne zbliżenie, w przeciwieństwie do deklarowanej przyjaźni z Berlinem Wschodnim, z której niewiele pozostało. Inteligentny czytelnik potrafił właściwie odczytać jakże wymowne mimo czujności (nierzadko pozornej) cenzury. Dowodzi tego omawiana rozprawa, która ukazuje ewolucję wzajemnych stosunków widoczną w popularnym wrocławskim dzienniku. Na jego łamach w okresie finalizacji przemian ustrojowych w Polsce krytyka anty/zachodnio/niemiecka była coraz bardziej stonowana, podobnie jak do lamusa, mimo zachowania pozorów, odchodziła propagandowa przyjaźń z „bratnim” zachodnim sąsiadem jeszcze wciąż istniejącego „obozu” socjalistycznego. Natomiast nie pozostawiano suchej nitki na rodakach z Wolnej Europy, kiedy ta w 1985 r. zadedykowała przypomniane przemówienie Adolfa Hitlera Wojciechowi Jaruzelskiemu. Spowodowało to zabranie głosu przez Jerzego Urbana, który zjadliwym jak zwykle językiem wykazał nikczemność takiej analogii między obu postaciami a także między NSDAP i PZPR. Co więcej, w określonych sytuacjach zabierali głos nie tylko prymitywni propagandyści, ale również uczeni wysokiej

280

Oceny i omówienia

klasy i niekwestionowanego autorytetu, w tym wypadku Franciszek Ryszka, który swym barwnym, ale merytorycznie doskonałym językiem dokonał rozprawy z monachijską rozgłośnią i jej metodami publicystycznymi, nie zawsze przecież stanowiącymi wzór obiektywizmu. Kiedy dojrzewała sprawa ujawnienia prawdy o Katyniu (dzięki konsekwentnym naciskom Jaruzelskiego na Gorbaczowa, choć wkrótce po ich odejściu palmę pierwszeństwa przypisywał sobie Jelcyn stawiając obok Wałęsę) jeszcze przed czerwcem 1989 r. „Słowo Polskie” poruszało, rzecz jasna ostrożnie i przy zastosowaniu eufemizmów, ten temat. Stopniowo coraz silniej odwoływano się do wypowiedzi takich polityków bońskich jak H. J. Vogel, który (koniec 1988 r.) pozytywnie oceniał reformy w Polsce na tle sytuacji w obozie wschodnim. Autor podaje liczne przykłady wyważonych, obiektywizujących ocen polskiej sceny politycznej na drodze do pluralizmu politycznego. Oczywiście oddawano „cesarzowi co cesarskie” poprzez zdawkowe materiały informacyjne o stałej przyjaźni z NRD, sporo miejsce jednak poświęcano odwrotnej stronie tego samego medalu, czego przykładem z tego samego czasu mogą być relacje o konflikcie między Polską a NRD co do rozgraniczenia wód terytorialnych w Zatoce Pomorskiej. Gdyby chcieć wyjść poza uładzone na użytek propagandowy relacje prasowe, warto by odwołać się w tym miejscu (s. 350) do opublikowanej po dwudziestu niemal latach dokumentacji trudnych rozmów przywódców polskich z ekipą Ericha Honeckera, które zakończyły się sukcesem w ostatnim momencie, bo tuż przed 4 czarwca 1989 r. (Polska – Niemcy. Dokumenty i materiały, t. II, pod red. Pawła Dybicza i Grzegorza Sołtysiaka, Warszawa 2006). W rozprawie zaledwie czterokrotnie wspomniane zostało nazwisko Mieczysława F. Rakowskiego, publicysty przez całe życie związanego z tematyką niemiecką. A to w związku z jego tekstami na łamach „Słowa”. Po raz pierwszy w październiku 1982 r. po dojściu do władzy Helmuta Kohla w związku z radami dla rządu warszawskiego wicepremier przypomniał mu o grzechach kraju, który reprezentuje, w przeszłości; daleko wcześniej (1954 r.) zacytowany został panegiryk na cześć Wilhelma Piecka, inny tekst propagandowy pochodzi z gorącego grudnia 1981 r. (s. 443), wreszcie podobny charakter ma relacja z konferencji prasowej M. F. Rakowskiego pół roku później (s. 492). Szkoda, że choćby jednym zdaniem nie wspomniano o jego kompetencjach i zasługach na drodze do zbliżenia polsko-niemieckiego. Wiem, że wykracza to poza ścisłą tematykę dzieła, a jednak wielu jego czytelników nie dotrze do znakomitego źródła zawierającego wnikliwe oceny spraw i ludzi, to jest Dzienników politycznych M. F. Rakowskiego. Poprzestanie na wspomnianych kilku tekstach niejednemu da asumpt do złudnego zaliczania go do reżimowych propagandystów, co nijak miało się do rzeczywistości. Ale to na marginesie lektury doskonałego dzieła wrocławskiego badacza młodego pokolenia. Całość jego rozważań zamyka Podsumowanie (s. 603-611), dobrze syntetyzujące wyniki analizy obejmującej 38 921 „aktów komunikacyjnych” (toteż darujemy mu to nazbyt unaukowione choć spotykane w opracowaniach naukowych określenie), czyli mówiąc prosto artykułów, tekstów prasowych dotyczących tematyki niemieckiej na łamach „Słowa Polskiego”. Ich nasilenie przypadało na pierwsze lata po zakończeniu drugiej wojny światowej, aż do roku 1947 (ponad trzy tys.) Z czasem liczba spadała do tysiąca rocznie, a po normalizacji w końcu 1972 r. – utrzymywała się na jego połowie, w okresie przełomu po 1982 r. – gdy z jednej strony na pierwszy plan wybijały się sprawy krajowe, a z drugiej wzmożoną czujność w odniesieniu do prasy wykazywała cenzura – sięgnęła zaledwie trzystu. Po wprowadzeniu stanu wojennego gazeta przez dwa miesiące była – nie stanowiąc tu wyjątku – zawieszona.

Oceny i omówienia

281

Później nastąpił ponowny wzrost. W tym miejscu autor uzupełnił to, czego czytelnicy wcześniej oczekiwali: wymienił nazwiska czołowych komentatorów, pośród których w pierwszej dekadzie czołowe miejsce zajmował Edmund Osmańczyk. Jego zdaniem pismo miało charakter podobny do innych współczesnych mu organów prasowych, jednak wyróżniało się w porównaniu z ukazującymi się w centralnej Polsce pogłębionym podejmowaniem następujących tematów: sąsiedztwo obu narodowości po 1945 r., repolonizacja (ten wyraz został ujęty w cudzysłowie) Ziem Zachodnich i Północnych, który to termin w nowszej nomenklaturze zastąpił poprzednie Ziemie Odzyskane, status swoistego przedmurza wobec zagrożenia niemieckiego (na wzór dawnego antemurale christianitatis) i wreszcie niemiecka przeszłość regionu. Zrozumiałe, że do badań nad tym ostatnim tematem sytuacja musiała dojrzeć, musiały upłynąć lata i opaść początkowe emocje. Końcowe wnioski zamyka zdanie nawiązujące do aktualnych działań socjotechnicznych polskiej sceny politycznej: „Z jednej (...) strony okres PRL staje się coraz bardziej odległą przeszłością, z drugiej jednak – co pokazuje dyskurs publiczny naszego kraju – kartę niemiecką, w szczególności straszak niemiecki, charakteryzuje zdumiewająco duża odporność na upływ czasu” (s. 611). Konstatacja interesująca, jednak jak każde uogólnienie zachęca do dyskusji. Zwłaszcza kwestia owej odchodzącej coraz bardziej w przeszłość, traktowanej jednak przez współczesnych propagandystów instrumentalnie i baśniowo, powojennej rzeczywistości, której obrazy nie bez zdumienia obserwują żyjący jeszcze jej myślący świadkowie. A przeszłość polsko-niemiecka, ta przynajmniej traktowana bywa wybiórczo, zgodnie z zapotrzebowaniem. Nihil novi sub sole. Najważniejsze, że dla jej rzetelnej znajomości dzieło Marcina Miodka stanowi trwały element w dokonaniach badawczych, przy tym wzór nie zawsze spotykanej nawet w nauce postawy – skoro już sięgamy do sentencji łacińskich – sine ira et studio. Marceli Kosman

ANNA KOCHANOWSKA-NIEBORAK: Francuzi Północy. Obraz Polski i Polaków w niemieckich leksykonach konwersacyjnych XIX wieku, Wrocław 2007, 219 ss.

Stereotypy, nieodłącznie obecne we wzajemnym postrzeganiu się narodów, wielokrotnie poddawane były badaniom. Obrazów innego/obcego szukano w literaturze pięknej, relacjach z podróży, beletrystyce, ale też w karykaturach czy opracowaniach podręcznikowych. Poznańska germanistka Anna Kochanowska-Nieborak poddała wnikliwej analizie jedną ze słabiej zbadanych pod tym kątem kategorii źródeł – wydawane przed ponad stu laty i cieszące się wśród warstwy mieszczańskiej dużą poczytnością leksykony konwersacyjne. Jej praca Francuzi Północy. Obraz Polski i Polaków w niemieckich leksykonach konwersacyjnych XIX wieku ukazała się jako szósta pozycja w serii „Zrozumieć Niemcy”, wydawanej we Wrocławiu pod redakcją Edwarda Białka i Leszka Żylińskiego. Wpisuje się ona w nurt intensywnie prowadzonych w ostatnich dziesięcioleciach historyczno-literaturoznawczych badań nad procesami narodowotwórczymi, zachodzącymi w Niemczech „długiego wieku XIX” w rozumieniu Erica Hobsbawma. Książka stanowi rozwiniętą wersję rozprawy doktorskiej. Nawią-

282

Oceny i omówienia

zując do wcześniejszych badań Huberta Orłowskiego czy Reinharda Kosellecka z zakresu imagologii, badań nad stereotypami i semantyki historycznej, autorka stawia pytania o rolę XIX-wiecznych leksykonów konwersacyjnych i zawartego w nich stereotypowego obrazu Polski i Polaków w ówczesnym niemieckim dyskursie narodowościowym. Pierwsze leksykony konwersacyjne pojawiły się na rynku wydawniczym na początku XIX wieku. W tym okresie, o czym wspomina autorka, istniały już publikacje o podobnym charakterze takie, jak leksykony informacyjne czy uczone encyklopedie, mające ambicje całościowego ujmowania ówczesnej wiedzy podobnie, jak dzieło XVIII-wiecznych encyklopedystów francuskich. Przełomem stał się jednak dopiero wydawany od 1809 r., a dostępny do dzisiaj, leksykon konwersacyjny Arnolda Brockhausa, porządkujący lawinowo poszerzającą się wiedzę w sposób znacznie bardziej syntetyczny. Mniejsza objętość umożliwiła obniżkę kosztów wydania leksykonu i uprzystępniło go szerszemu gronu czytelników. Brockhaus wprowadził w swoim leksykonie kilka innowacji takich, jak użycie języka potocznego, aktualizował także w kolejnych wydaniach stan wiedzy w zakresie historii, ustroju państwa, geografii czy kultury. Dzięki temu leksykony konwersacyjne mogły stać się dla kształtującej się w XIX w. formacji mieszczańskiej, określanej też jako „mieszczaństwo wykształcone” (Bildungsbürgertum), jednym z podstawowych źródeł o otaczającym świecie, swoistymi „barometrami czasu” (s. 11), jak je nazywa autorka za Georgiem Meyerem oraz praktyczną podporą dojrzałej dysputy. O skali przedsięwzięcia, a jednocześnie stopniu popularności leksykonu tego typu świadczy to, że do 1908 r. ukazało się 14 wydań Brockhausa liczących nawet po 16 tomów. Natomiast wydawany dopiero od lat 40. leksykon Meyera miał do tego samego roku 6 wydań, dochodzących do liczby 17 tomów. Oba wspomniane tu leksykony posiadały w badanym okresie największą liczbę wydań i osiągały najwyższe nakłady wśród publikacji tego rodzaju. Kochanowska-Nieborak podzieliła pracę na pięć rozdziałów, uzupełnionych o bibliografię i indeks osobowy. W dwóch pierwszych zajmuje się historią powstania dwóch najbardziej znaczących domów wydawniczych: Brockhausa i Meyera, aż do ich fuzji w 1984 r. kończącej wieloletnią rywalizację. Przybliża też znaczenie i funkcje leksykonu konwersacyjnego jako encyklopedii szczególnego rodzaju. Niewątpliwym atutem publikacji jest umiejętne ukazanie narodzin nowego gatunku w szerokim kontekście zachodzących w ówczesnych Niemczech przemian polityczno-społeczno-kulturowych, których beneficjentem stało się wyzwalające się spod dominacji warstw szlacheckich mieszczaństwo. Badaczka, analizując fenomen popularności leksykonu konwersacyjnego jako gatunku w Niemczech XIX w. zwraca uwagę, że był on wytworem swojej epoki, czasów postępującej modernizacji: urbanizacji, uprzemysłowienia i alfabetyzacji, która umożliwiła popularyzację prasy i umasowienie czytelnictwa. To z kolei stało się bodźcem do szybkiego rozwoju rynku wydawniczego i zbiegło się ze stopniowym kształtowaniem nowoczesnej przestrzeni publicznej (salony i stowarzyszenia). Aktywną rolę w tej przestrzeni odgrywała warstwa mieszczańska, która wobec ograniczonych możliwości działania w sferze politycznej, szansę na awans społeczny upatrywała właśnie w dążeniu do zdobycia wykształcenia, rozumianego również jako samokształcenie. Przechodząc od ogólnej charakterystyki i znaczenia badanych źródeł, Anna Kochanowska-Nieborak skupiła się w kolejnych trzech rozdziałach na przedstawieniu zawartego w leksykonach konwersacyjnych stereotypowego obrazu Polski i Polaków, określanych w leksykonach ze względu na styl życia i cechy charakteru „Francuzami północy”, szukając odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób i na ile „(współ)kształtowały one niemiecki dyskurs

Oceny i omówienia

283

o Polsce” (s. 52). Leksykony konwersacyjne oddają ówczesną wiedzę o Polsce, choć należy pamiętać, na co zwraca uwagę autorka, że ostateczny kształt znajdujących się w nich artykułów jest wypadkową wielu czynników: poglądów i nastawienia autorów poszczególnych haseł, oczekiwań czytelników, a także aktualnej sytuacji polityczno-społecznej w Niemczech w momencie wydania. Uważa, że: „autorzy poszczególnych haseł, świadomi wielkiej mocy opiniotwórczej leksykonów konwersacyjnych, wpływali na poglądy czytelników, formowali ich postawę obywatelską, a nierzadko także i orientację polityczną” (s. 15). Wychodząc od prezentowanego m.in. przez Benedicta Anderssona założenia, że narody są przede wszystkim wspólnotami wyobrażonymi, które definiują swą tożsamość odwołując się do wspólnych obrazów-ikon, symboli, mitów, przeżyć i bohaterów, poznańska germanistka podjęła próbę wskazania najważniejszych etapów rozwoju obrazu Polski i Polaków w leksykonach konwersacyjnych na tle zachodzącego w XIX w. procesu kształtowania się niemieckiej świadomości narodowej. Wykazała wpływ leksykonów na zmieniający się w niemieckim społeczeństwie wizerunek Polaków, którzy jako bojownicy o wolność pobudzali wyobraźnię znacznej części społeczeństwa pragnącej zjednoczenia Niemiec oraz Polski, postrzeganej jako symbol zacofania i przeciwieństwo nowoczesnego państwa. Takie wyobrażenia funkcjonowały, jak zauważa autorka, jako heterostereotyp, pozwalający na zasadzie przeciwieństwa umocnić pozytywny autostereotyp Niemców. Aby wyróżnić najważniejsze etapy kształtowania się niemieckich wyobrażeń o Polsce i Polakach w leksykonach konwersacyjnych, Anna Kochanowska-Nieborak przeprowadziła analizę porównawczą wybranych haseł we wszystkich wydaniach obu wspomnianych wyżej leksykonów z lat 1809-1908. Osią przeprowadzonej analizy uczyniła pojęcia „państwo”, „naród” i „kultura”. Omawiając sposób przedstawiania w leksykonach polskiej państwowości, krytykę ustroju Polski przedrozbiorowej – monarchii elekcyjnej, a także usprawiedliwiania aktu rozbiorów, autorka oparła się na treści hasła Polska, którego znacząca objętość szczególnie w latach 30. i 40. świadczyła o żywym zainteresowaniu opinii publicznej tym tematem. Liczne hasła biograficzne przedstawicieli rodów szlacheckich, np. Czartoryskich, Potockich, Raczyńskich i Radziwiłłów, mężów stanu i wodzów, np. Józefa Bema, Józefa Chłopickiego, Jana Henryka Dąbrowskiego, Ludwika Mierosławskiego czy Jana Umińskiego, a także sylwetki kobiet, np. Izabeli Fortunaty Czartoryskiej, Emilii Plater czy Klaudyny Potockiej, posłużyły natomiast autorce do scharakteryzowania stereotypowych wizerunków Polaków. Podkreślając ich waleczność, ofiarność, odwagę, szlachetność i męstwo, hasła te przywodzą na myśl popularny również w niemieckojęzycznej beletrystyce XIX w. obraz „Polaka – szlachetnego patrioty”, który symbolizowała przywoływana w wielu pracach postać przywódcy insurekcji z 1794 r., Tadeusza Kościuszki. Poświęcono mu osobny biogram już w pierwszym wydaniu leksykonu Brockhausa z lat 1809-1811. Jego przeciwwagą stał się obraz „Polaka – wichrzyciela”, scharakteryzowany poprzez hasło Polska oraz Poznań, a obecny szczególnie w kontekście deprecjonującej oceny powstania roku 1848 w Wielkim Księstwie Poznańskim. Hasła Literatura polska obok haseł wcześniej już wymienianych, jak również biogramy polskich pisarzy i osobistości życia kulturalnego np. Jana Kochanowskiego, Joachima Lelewela, Edwarda i Atanazego Raczyńskich czy Jana Potockiego umożliwiają z kolei sformułowanie wniosków na temat postrzegania kultury polskiej i zestawienia jej na zasadzie kontrastu z kulturą niemiecką. Zauważalny w leksykonach „proces stopniowego zawłaszczania narodowego postaci stojących niejako na granicy kultur” (s. 171) został przedstawiony interesująco przez autorkę na przykładzie postaci Mikołaja Kopernika.

284

Oceny i omówienia

Analizowane hasła poruszają kwestie, które zajmowały opinię publiczną i niemieckie elity intelektualne burzliwego wieku XIX. Przewijały się one w prowadzonych wówczas debatach i znajdowały oddźwięk w dyskursach legitymizacyjnych, dotyczących takich problemów, jak wyższość kultury niemieckiej nad polską, ustrój i struktura społeczna Rzeczpospolitej szlacheckiej końca XVIII w., przyczyny jej nieodwracalnego i zawinionego upadku, czy słuszność przeprowadzonych rozbiorów Polski. Nieprzypadkowe jest zresztą zainteresowanie sprawami Polski w społeczeństwie niemieckim XIX w. Polska w roku 1793 znikła wprawdzie z mapy Europy, jednak dyskusje na wymienione wyżej tematy odżywały po każdym zrywie niepodległościowym Polaków, a stosunek do tzw. kwestii polskiej stał się dla Niemców w pierwszej połowie XIX w. probierzem wyznawanych poglądów politycznych. Kochanowska-Nieborak analizuje, w jaki sposób wydarzenia takie, jak powstanie listopadowe, rewolucja marcowa, powstanie Rzeszy Niemieckiej oraz polityka germanizacyjna ostatnich dziesięcioleci XIX w. wpłynęły na treść, a nawet objętość artykułów dotyczących Polski i Polaków. Rozważa też, jaki wpływ na przekazywane w owych artykułach treści wywarła polityka władz pruskich (a później ogólnoniemieckich) wobec tzw. kwestii polskiej w drugiej połowie XIX w. Praca Anny Kochanowskiej-Nieborak jest niewątpliwie istotna publikacją potwierdzająca wyniki wcześniejszych badań opartych na innych kategoriach źródeł. Analizy autorki, poświęcone biogramom znanych postaci z historii Polski, wzbogacają ponadto dotychczasową wiedzę na temat wyobrażeń o Polsce i Polakach, funkcjonujących w XIX-wiecznych niemieckich środowiskach mieszczańskich. Ewa Płomińska-Krawiec

Nowy niemiecki patriotyzm w debacie publicznej RFN, Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Stanisława Staszica w Pile, Piła 2007, 135 ss.
IZABELA JANICKA:

Nowy patriotyzm i odradzająca się niemiecka tożsamość narodowa to „gorące” tematy debaty publicznej w RFN. Swoiste rozdarcie Niemców między poczuciem winy i dumy, oficjalna polityka państwa (przede wszystkim RFN, ale także NRD), która nie odwoływała się do poczucia tożsamości narodowej, a wręcz przeciwnie poszukiwała innych podstaw poczucia wspólnoty (duma z osiągnięć gospodarczych i tzw. patriotyzm konstytucyjny w przypadku RFN i ideologia komunistyczna w przypadku NRD) sprawiają, że próby odbudowania dumy narodowej Niemców i ich przywiązania do ojczyzny to fascynujący temat analiz. Stał się on przedmiotem rozważań nie tylko socjologów i filozofów społecznych czy politologów, ale także znalazł swoje miejsce w publicystyce. W polskim piśmiennictwie temat ten jednak do tej pory nie był zbyt często podejmowany. Dlatego książka autorstwa Izabeli Janickiej mogłaby – do pewnego stopnia – tę lukę wypełnić. Publikacja składa się z jedenastu rozdziałów, wstępu oraz zakończenia. Poszczególne rozdziały w sposób dość szczegółowy opisują wybrane problemy, które – zdaniem autorki – są istotne z punktu wiedzenia miejsca nowego niemieckiego patriotyzmu w niemieckiej debacie publicznej. Bez wątpienia najważniejsze są pierwsze trzy. W rozdziale pierwszym za-

Oceny i omówienia

285

tytułowanym Niemiecka świadomość narodowa na przestrzeni wieków opisane zostały koleje jednoczenia się narodu niemieckiego. Autorka omawia jego początkowe rozbicie, podkreślając jednocześnie rolę języka jako spoiwa kultury niemieckiej. Skrótowo opisany został także wpływ kolejnych wydarzeń historycznych (reformacja, wojny napoleońskie, zjednoczenie w 1871 r., I wojna światowa, rozwój nazizmu i II wojna światowa, powojenny podział Niemiec ich ponowne zjednoczenie w 1990 r.) na budowanie wspólnej tożsamości Niemców. Rozdział drugi Niemcy wobec nowych wyzwań opisuje toczącą się w niemieckiej przestrzeni publicznej dyskusję na temat tożsamości narodowej, poczucia wspólnoty oraz patriotyzmu. Autorka usiłuje odtworzyć kilka nurtów tej dyskusji np. nad tzw. patriotyzmem konstytucyjnym. Zrelacjonowane zostały także przemiany polityki partii rządzących (począwszy od rządów Schrödera) w stosunku do realizacji niemieckich interesów narodowych oraz – do pewnego stopnia – podstaw wspólnoty narodowej. Rozdział trzeci – Debata o patriotyzmie – przedstawia to, co w niemieckich dyskusjach nad tożsamością jest specyficzne, czyli pytanie czy Niemcy mają prawo do patriotyzmu. Kolejne rozdziały poświęcone są między innymi wpływowi mistrzostw świata w piłce nożnej odbywających się w Niemczech w 2006 r. na rozwój postaw patriotycznych Niemców, problemom Niemców z historią i jej interpretacją – poprzez borykanie się z własną winą po coraz częstsze podnoszenie krzywd, które wyrządzono Niemcom podczas II wojny światowej. Omówione zostały także zagadnienia związane z migracją (przede wszystkim integracja imigrantów, ale także coraz częściej obserwowana emigracja młodych, wykształconych Niemców) oraz przemiany współczesnej rodziny niemieckiej. Książkę zamyka rozdział pt. Perspektywy rozwoju niemieckiej tożsamości narodowej. Książka Izabeli Janickiej oparta jest przede wszystkim na analizie materiałów prasowych oraz – w mniejszym stopniu – literatury problemu. Choć przywoływany materiał wydaje się być dość obszerny, można mieć poważne zastrzeżenia co do struktury książki oraz sensowności omawiania niektórych kwestii luźno związanych z tematem pracy. Podczas lektury omawianej książki – szczególnie ostatnich rozdziałów – często czytelnikowi narzuca się pytanie: po co autorka podejmuje takie, a nie inne problemy? Na przykład w przypadku rozdziału Rodzina a społeczeństwo trudno jest wskazać – poza pierwszym i ostatnim akapitem – na sensowny związek opisu przemian rodzin niemieckich z debatą o patriotyzmie. Nie twierdzę tu, że takiego związku nie ma, ale wydaje mi się, że autorka nie potrafi go dowodnie wykazać. Efektem tego jest wrażenie, że do pewnej całości, którą tworzą pierwsze rozdziały, dołożono kolejne, które nie do końca pasują do wywodu oraz, co istotniejsze, do samej problematyki pracy. Kolejną wadą wynikającą być może z nie do końca przemyślanej struktury książki jest wrażenie chaosu. Przytaczane dane, wypowiedzi, cytaty nie zawsze składają się w logiczny wywód. Czasami czytelnik może mieć wrażenie, że niektóre kwestie powtarzają się w różnych częściach książki. Brak jest także mocnych akcentów na początku i na końcu książki – właściwego postawienia problemu badawczego, czy podsumowania, które rzeczywiście pokazywałoby jakie są perspektywy rozwoju niemieckiej debaty o patriotyzmie i tożsamości narodowej. Pewne zastrzeżenia budzi także sam sposób analizy. Autorka przyjmuje idiograficzną technikę przywoływania licznych faktów czy opinii, próbując w ten sposób zrekonstruować niemiecką debatę o patriotyzmie. O ile do pewnego stopnia to zadanie udaje się jej zrealizować, to należy zwrócić uwagę, że brakuje w książce rzetelnej analizy przytaczanych danych i wypowiedzi – namysłu nad tym co one oznaczają, z czego wynikają i w końcu jakie mogą być ich konsekwencje. Daje to efekt powierzchowności, który obniża wartość pracy.

286

Oceny i omówienia

W końcu należy także podnieść kwestię co prawda techniczną, ale utrudniającą lekturę książki. W pracy pełno jest różnego rodzaju niezgrabności stylistycznych, błędów gramatycznych i technicznych. Na stronie redakcyjnej znajdziemy wprawdzie dosyć dziwną notatkę, że korekta została wykonana przez autorkę. Nie zwalnia to jednak wydawnictwa od odpowiedzialności za ostateczną formę publikacji. Michał Nowosielski

ALEIDA ASSMANN:

Geschichte im Gedächtnis. Von der individuellen Erfahrung zur öffentlichen Inszenierung, Beck Verlag, München, 2007, 220 ss.

W pisarstwie „pamięciologicznym” Aleida Assmann należy od lat do grona niewątpliwie najbardziej aktywnych osób. Zaproponowane przez nią terminy Speicher- i Funktionsgedächtnis znaleźć można w wokabularzu każdego szanującego się niemieckojęzycznego naukowca badającego formy, media i dynamikę pamięci zbiorowej. Omawiana publikacja literaturo- i kulturoznawczyni z Konstancji to zapis cyklu wykładów wygłoszonych w latach 2006/2007 w Essen. Na zaproszenie tamtejszego Instytutu Kulturoznawczego Assmann podjęła próbę zanalizowania zmian dokonujących się w niemieckiej pamięci zbiorowej i kulturze historycznej. Godne podkreślenia jest szerokie – zarówno czasowo, jak i tematycznie – spojrzenie autorki: Assmann odnosi się na przykładzie kilku ekspozycji muzealnych do historii i percepcji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego oraz śledzi aktualną debatę na temat odbudowy zamku w Berlinie, omawia najnowsze powieści dotyczące przeszłości utrwalonej w pamięci rodzinnej, jak i opisuje kluczowe w niemieckiej kulturze XX w. formacje pokoleniowe. Pamiętanie to dla Assmann proces nadawania współczesnego sensu temu, co minęło, a problem stale towarzyszący w omawianej książce jej rozważaniom to pytanie o nasze spotkania z historią. Stąd tematem najnowszego studium Aleidy Assmann są nie debaty historyków na temat przeszłości, lecz formy tematyzowania, doświadczania i przedstawiania historii poza historiografią. Punkt wyjścia stanowi dla autorki klasyczne i prowokacyjne zarazem pytanie o początek: Assmann zastanawia się nad tym, jak długa lub jak krótka jest niemiecka historia. Odwołując się do dwóch diametrycznie różnych koncepcji – sformułowanej przez Karla Heinza Bohrera tezie o dramatycznej utracie przez Niemców pamięci oraz zogniskowanym na ewolucję kultury poglądzie Hermanna Lübbego – Assmann podkreśla koniunkturę pamięci i tożsamości związaną, w jej opinii, z doświadczeniem historycznych przełomów. Kontynuacją tej metarefleksji jest wskazanie trzech odniesień do historii motywowanych różnymi impulsami: ciekawością, umacnianiem tożsamości i nakazem, tudzież obowiązkiem etycznym. Preludium do części analitycznej stanowi krótkie omówienie czterech konstytutywnych elementów niemieckiej historii: niemożliwości przedstawienia jej jako całości, trudnego do przełożenia na inne języki – Zerrissenheit (rozdarcia, nielinearności, policentryczności), nacechowania zerwaniami oraz fragmentarycznością. Charakterystyczne dla tego katalogu cech niemieckiej historii rozmycie terminologiczne i ich nachodzenie na siebie nasuwa wrażenie, że zestawienie to powstawało naprędce i nie towarzyszyła mu niestety głębsza refleksja.

Oceny i omówienia

287

Cztery duże kompleksy tematyczne, którymi zajmuje się Aleida Assmann w Geschichte im Gedächtnis to: historia ucieleśniona, czyli dynamika następujących po sobie formacji pokoleniowych, historia utrwalona w pamięci rodzinnej, historia zapisana w przestrzeni publicznej – szczególnie architektura jako nośnik pamięci – oraz historia inscenizowana w muzeach i mediach. Odwołując się do klasycznej rozprawy na temat generacji autorstwa Karla Mannheima, Assmann opisuje siedem dwudziestowiecznych niemieckich formacji pokoleniowych. Krótkie siłą rzeczy opisy dotyczą: doświadczeń 1) I wojny światowej, 2) pokolenia 1933 r., 3) pokolenia 1945, tzw. „sceptycznej generacji”, 4) dzieci wojny, 5) pokolenia 1968 r., 6) pokolenia lat 70. XX w. oraz 7) urodzonych tuż przez zburzeniem muru berlińskiego. Niestety nie we wszystkich przypadkach autorce udaje się dowieść siły konstytuującego tożsamość grupową przeżycia generacyjnego, przez co konstrukcja jej „brewiarza pokoleń” jest mało przekonująca. Z konieczności bardzo skrótowe są fragmenty dotyczące palimpsestowej pamięci zapisanej w architekturze Berlina. Mniej wątpliwości budzą za to rozdziały dotyczące obecności historii w pamięci rodzinnej, co autorka ilustruje licznymi przykładami zaczerpniętymi z niemieckiej beletrystyki – powieści Dagmar Leopold i Stephana Wackwitza stanowią pole analiz różnych form rozprawiania się z przeszłością rodziców i dziadków. Interesujące są również przytoczone przez autorkę przykłady wystaw w podwójnym sensie historycznych – takich mianowicie, które przedstawiają historię i stanowią zarazem jako ekspozycje ważne cezury w niemieckich spotkaniach z historią. Stuttgarcka wystawa dokumentująca historię Staufów z 1977 r., pokazywana przed dwoma laty w Berlinie i Magdeburgu wystawa ilustrująca wspomnianą już historię Cesarstwa oraz dwie – bońska i berlińska – wystawy dotyczące ucieczki i wypędzenia oraz integracji wypędzonych w RFN i NRD służą Assmann za materiał do rozważań na temat specyfiki opowiadania, przedstawiania i inscenizowania historii w muzeum. Uwagi na temat filmu jako medium pamięci Assmann ilustruje odwołaniami do Upadku, Listy Schindlera oraz kilku nieznanych niestety polskiemu widzowi niemieckich produkcji kinowych ostatnich lat. Ostatni rozdział tomiku jest nie tyle analizą, co osobistym komentarzem Aleidy Assmann. Mówiąc o kresie niemieckiego odwrotu od historii po 1989 r., autorka stawia pytanie, jak w obliczu niemieckiej fascynacji konstelacją postnarodową poradzić sobie z zapotrzebowaniem na historię jako źródło tożsamości, nie oddając przy tym pola prawicowemu ekstremizmowi. W koncyliacyjnym tonie autorka domaga się swoistej adjustacji pamięci – dopasowania niemieckiej pamięci do opinii sąsiadów oraz akomodacji w odwrotnym kierunku. Ta normatywna uwaga nie zostaje jednak przez Assmann w żaden sposób skonkretyzowana. Opinia ta zaskakuje tym bardziej, że w kolejnej części autorka podkreśla heterogeniczność pamięci, wskazując na jej regionalne, narodowe i europejskie pokłady. Retoryczny aspekt tej konstrukcji myślowej nie należy do najbardziej udanych, ale wskazuje na relację, na którą w dalszym wywodzie zwraca uwagę sama autorka: napięcie między potrzebą identyfikacji (vide: rola pamięci w polityce) i potrzebą dystansu (vide: rola pamięci w historiografii). Właściwa dla Geschichte im Gedächtnis kursoryczność i skrótowość w omawianiu poszczególnych problemów wynika z pewnością po części z stanowiącej podstawę publikacji, formy wykładu akademickiego, bogatego – jak sugeruje Assmann między wierszami – w różne formy wizualizacji. Niewielka liczba ilustracji w omawianym tomie zubaża zatem siłą rzeczy treść wywodów. Rażą jednak również pobieżność i uproszczenia, charakteryzujące część z zaproponowanych przez autorkę modeli i zestawień (vide: wspomniany brewiarz pokoleniowy czy porównanie mediów i formatów struktur porządkujących, służących prezento-

288

Oceny i omówienia

waniu historii). W efekcie najnowsza książka Aleidy Assmann to adresowana do szerokiego grona odbiorców, syntetyczna i sprawnie napisana publikacja, w której bardziej wyrafinowany czytelnik nie znajdzie niestety odkrywczych lub innowacyjnych sformułowań. Kornelia Kończal

Noty
MIRIAM Y. ARANI:

Fotografische Selbst- und Fremdbilder von Deutschen und Polen im Reichsgau Wartheland 1939-45. Unter besonderer Berücksichtigung der Region Wielkopolska, t. 1-2, Verlag Dr. Kovać, Hamburg 2008, 988 ss.

O wybitnej zaiste monografii niemieckiej badaczki irańskiego pochodzenia Miriam Y. Arani* da się powiedzieć wyłącznie dobre słowo. Autorce należą się poczwórne słowa uznania za: 1) dogłębną i dociekliwą eksplorację archiwów i zbiorów (głównie) Polski i Niemiec; 2) rozległą perspektywę narracji, uwzględniającą historyczno-kulturowy kontekst niemieckiej ksenofobii i antropologii rasowej; 3) interdyscyplinarny warsztat badawczy, łączący refleksję socjologiczną, antropologiczno-kulturową z estetyką fotografii; i wreszcie 4) niezwyczajną dbałość o stronę edytorską monografii. Potężne, bo liczące blisko tysiąc (!) wielkoformatowych stron dzieło, owoc wieloletnich studiów, przemawia do czytelnika klarownością struktury zewnętrznej, przyjaznym wobec czytelnika wkomponowywaniem olbrzymiego (bo liczącego setki dokumentów) materiału fotograficznego oraz charakterem narracji, stroniącym od silącego się na pseudonaukowość żargonu terminologicznego. Nie może zatem dziwić, że doktor Arani znalazła się w gronie badaczy zagranicznych, zajmujących się kulturą i dziejami Polski, a wyróżnionych w tym roku nagrodą przez Ministra Spraw Zagranicznych. Przedmiotem zainteresowań M. Arani stały się „fotograficzne auto- i hetero-obrazy Niemców i Polaków w tzw. kraju Warty w latach 1939-1945” ze szczególnym uwzględnieniem Wielkopolski. Z chwilą przekładu tytułu na język polski staje on nieco „chropowaty”, ale adekwatnie oddaje zamierzenia badawcze monografii poza jedną ważką kwestią, mianowicie niezwykle warsztatowo-metodologicznie złożonym podejściem do badanej materii. Przedmiotem badań jest „tylko” fotografia, w przeważającej mierze wytworzona przez przedstawicieli niemieckiego aparatu przemocy w czasie okupowania terytorium Wielkopolski w ramach tzw. Kraju Warty, analizowana natomiast w sposób metodologicznie świadomy dzięki metodom kilku dyscyplin. I właśnie te zabiegi stanowią o bogactwie i różnorodności uzyskanych wyników: monumentalna monografia M. Y. Arani weryfikuje, potwierdza i pogłębia ustalenia wcześniejszych badań historycznych i/czy z zakresu socjologii władzy. Przytoczę kilka przynajmniej tytułów (pod)rozdziałów, by przybliżyć spektrum wprowadzonych perspektywizacji. W obszarze metod i samej eksploracji archiwów i zbiorów
* Zob. Sprawozdanie T. Budnikowski , Miriam Y. Arani w Instytucie Zachodnim, „Przegląd Zachodni” nr 2/2009, s. 289-291 (przyp. red.).

Oceny i omówienia

289

specjalistycznych autorka wyróżniła m.in. następujące pola tematyczne: krytykę źródłową fotografii historycznej (w tym krytykę zewnętrzną i wewnętrzną), założenia i metody analizy źródeł fotograficznych z punktu widzenia nauk społecznych, rodzaje użytkowania zachowanych fotografii, twórcy fotografii a twórcy zbiorów fotografii. Dzięki tak uzyskanym danym mogła autorka pokazać w szerokim kontekście (rozdział trzeci i czwarty) narodowosocjalistycznego dyrygowania prasą i publicystyką fotograficzną, wyspecjalizowaną antypolską propagandę, odwołującą się do starszych, mentalnie utwierdzonych uprzedzeń i stereotypów antypolskich. Wyróżniłbym w tych wywodach zwłaszcza te podrozdziały, w których autorka rekonstruuje relewantną – ze względu na następstwa percepcyjne – „zmianę warunków produkcji fotografii dla Polaków”. W tomie drugim – dotąd była bowiem mowa o tomie pierwszym – blisko stustronicowy rozdział przeznaczyła autorka na przedstawienie „instytucjonalnych producentów fotografii” w tzw. Kraju Warty, a więc policji oraz instytucji odpowiedzialnych za propagandę. Cenne jest zwłaszcza wyodrębnienie tych wszystkich aktywności i zabiegów, których efektem było dostarczanie redakcjom gazet (np. „Ostdeutscher Beobachter”) czy wydawnictwom (publikacje albumowe) swoistej „amunicji” propagandowej. W kolejnym rozdziale autorka raz jeszcze powraca do sytuacji polskich fotografików, by określić ich pole działania i swobody (zwischen Anpassung, Selbstbehauptung und Widerstand). Ba: odnajduje również przejawy oporu. Ważne uzupełnienie całości stanowią aneksy, zwłaszcza wykaz niemieckich fotografów (i ich zleceniodawców), aktywnych w tzw. Kraju Warty w latach 1939-1945. O znaczeniu polecanej monografii mówić można długo i zasadnie. W moich oczach na podkreślenie zasługuje zwłaszcza jej (archiwalnie i eksploracyjnie) całościowe ogarnięcie bogactwa materiałowego; niepodobna sobie wyobrazić, by kolejne prace, poświęcone okupacji Poznania i Wielkopolski, mogły nie odwoływać się do wydobytych źródeł fotograficznych i wskazówek archiwalnych. Drugiego, niemniej acz inaczej ważnego znaczenia, dopatruję się w przypominaniu (nie tylko) historykom, iż fotografia to również źródło. Nawet wtedy, gdy sporządzona została na propagandowe zamówienie, z myślą o udowodnieniu (niechby przewrotnym i kłamliwym) określonej tezy, powiedzmy o cywilizacyjnej niższości ludności Wielkopolski. Publikując w swym dziele setki fotografii – najczęściej nieznanych, a jeśli znanych to dotąd źródłowo niewykorzystanych – a następnie interpretując ich ukrytą wymowę poprzez odwołanie się do standardów badawczych teorii komunikacji i semiotyki, Miriam Ariani dowodnie zademonstrowała fundamentalne znaczenie badań interdyscyplinarnych. Również dla badań ukierunkowanych na przeszłość. Hubert Orłowski

Bernhard Stasiewski (1905-1995). Osteuropahistoriker und Wissenschaftsorganisator, red. R. Haas, S. Samerski, z serii Theologie und Hochschule, cz. 3, MV-Verlag, Münster 2007, 262 ss.
Okrągłe rocznice urodzin czy śmierci wybitnych osobistości zawsze skłaniają do refleksji i podsumowań na ich temat. Podobnie było też w przypadku powstania tej publikacji, która stała się pierwszą kompletną biografią profesora Bernharda Stasiewskiego.

290

Oceny i omówienia

Książka poprzedzona została przedmową redaktorów tomu, który ukazał się w serii wydawniczej Theologie und Hochschule oraz powitaniami kardynała Joachima Meisnera obecnego arcybiskupa kolońskiego, kardynała Georga Sterzinsky’ego arcybiskupa berlińskiego i Gabriela Adriány’iego profesora Katolickiego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Bonn, w których podkreślano szczególną rolę, jaką odegrał w środowisku naukowym w Niemczech profesor Bernhard Stasiewski poświęcając się badaniu historii Europy Wschodniej. Obszerna część publikacji poświęcona została biografii profesora, który urodził się w 1905 r. w Berlinie, a zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat w Ittenbach. Jako kandydat na księdza studiował we Wrocławiu, gdzie uczęszczał na wykłady takich profesorów, jak Wittig, Altaner, Haase, Seppelt i Andreae. Do nauki języka polskiego i zainteresowania się sprawami polskimi zachęcał go kardynał Adolf Bertram, między innymi ze względu na jego polsko brzmiące nazwisko oraz specyficzny pod względem narodowościowym charakter Śląska. Przez całą swoją powojenną karierę naukową w Berlinie, a potem w Bonn profesor zwracał uwagę na sprawy związane z historią Kościoła katolickiego w Niemczech i Europie Wschodniej, a szczególnie w Polsce. Stefan Samerski, przedstawiając postać Stasiewskiego, starał się ukazać go jako człowieka, który mimo różnych przeciwności losu nigdy się nie poddawał i zawsze dążył do celu, jakim było zostanie profesorem akademickim. Artykuł wzbogacają liczne zdjęcia przedstawiające profesora, jego rodzinę, znajomych, współpracowników oraz studentów. Kolejny rozdział książki poświęcony został konferencji z okazji setnych urodzin Bernharda Stasiewskiego, która odbyła się 12 listopada 2005 r. w Thomas-Morus-Akademie w Bensbergu. Podczas tego sympozjum omawiano jego dorobek naukowy, szczególnie wpływ na kształtowanie badań związanych z problematyką kościelną w Europie Środkowo-Wschodniej. Szczegółowo obszar zainteresowań profesora przedstawiono w następnym artykule. W latach powojennych Stasiewski interesował się podobnie, jak i wielu innych historyków rolą Kościoła katolickiego podczas II wojny światowej. Jednym z ważniejszych dla niego tematów był rozwój i kształtowanie się oporu księży i katolickiej części społeczeństwa niemieckiego wobec narodowego socjalizmu w latach 1933-1945. Uwadze Stasiewskiego nie uszła też problematyka męczenników, którzy w obronie wartości katolickich stracili życie podczas wojny. Równie ważnym obszarem badań była rola Kościoła po zakończeniu wojny i przemian zachodzących w nim, zwłaszcza po Soborze Watykańskim II. Kościół w Niemczech w latach 50. i 60. XX w. potrzebował nowej tożsamości i wizerunku, które starał się stworzyć nie tylko przez wewnętrzną reorganizację, ale również między innymi przez dążenie do pojednania z Żydami, Francuzami i Polakami. Dalsze cztery artykuły ukazują działalność Stasiewskiego poza uniwersytetem, której oddawał się z wielkim zaangażowaniem, uczestnicząc w pracach: Bonner Senatskommission für das Studium der Deutschen Geschichte und Kultur im Osten, która zajmowała się dokumentowaniem historii Kościoła na terenach należących do Niemiec przed II wojną światową; Johann-Gottfried-Herder-Forschungsrat, który również badał tematykę Europy Wschodniej ze szczególnym zainteresowaniem problematyką polską, czeską i krajów nadbałtyckich; Institut für Ostdeutsche Kirchen- und Kulturgeschichte, który podobnie ukierunkowany był na historię Kościoła na wschód do Odry oraz Katholische Bildungswerk Berlin będącego centrum dokształcania, dla wszystkich tych, którzy chcą się doskonalić w wierze. Również przedostatni rozdział tej publikacji ukazuje zaangażowanie profesora w dritter Bildungsweg – kształcenie teologiczne dla osób z wykształceniem zawodowym, które chcą zostać księżmi.

Oceny i omówienia

291

Ze względu na poruszaną tematykę uwagę zwraca artykuł opisujący przebieg studiów w seminarium we Wrocławiu, gdzie kształcił się Stasiewski. Werner Marschall podkreśla w nim obowiązek uczęszczania przez wszystkich studentów na zajęcia nauki języka polskiego, którego uczyli się ze względu na specyfikę narodowościową Śląska, gdzie mieszali zarówno Polacy, jak i Niemcy. Ostatni rozdział zamykający publikację to zestawienie statystyczne wszystkich doktorantów i habilitantów profesora. Na uwagę zasługuje, co również podkreśla autor, doktorat pierwszej kobiety na Katolickim Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Bonn, która pisała o Joannie z Orleanu. Dodatkowo jedną trzecią publikacji stanowią bibliografie w układzie chronologicznym publikowanych i niepublikowanych prac Stasiewskiego sporządzone przez jego siostrę, która całe życie pomagała mu katalogować wszystkie materiały naukowe, oraz przez jednego z redaktorów tej publikacji. Publikacja pozwala na pełne poznanie osoby profesora Stasiewskiego oraz jego dorobku naukowego. Zaletą pracy jest to, że autorzy artykułów poszczególnych fragmentów potrafili wyważyć proporcje między informacją a ich treścią tak, aby ona nie przygniatała swym natłokiem czytelnika. Książka ta jest cenną próbą podsumowania życia i dorobku naukowego historyka, który zajmował się przede wszystkim historią Kościoła w Niemczech i w Europie Wschodniej oraz jego wpływu na kształtowanie niemieckiego środowiska naukowego w tej kwestii. Szczególny nacisk położono na ukazanie znaczenia, osiągnięć i roli profesora w środowisku akademickim i kościelnym w RFN. Bardzo dobre wrażenie książki zakłócają jednak sporadyczne błędy językowe, które pojawiają się w bibliografii. Łatwo zauważalną wadą są błędy w polskich nazwach geograficznych, użytych w bibliografii, polegające czasami na omylnym wstawieniu liter np. „ż” zamiast „z” na przykład w nazwie „Gnieżno” (s. 211, poz. 329). Do minusów należy zaliczyć także brak konsekwencji w używaniu polskich znaków lub ich nieużywaniu. Zdarzają się wyrazy, w których jedna litera została zapisana zgodnie z zasadami języka polskiego, a druga obok nie np. jest „Łodz” (s. 215, poz. 392). Wydaje się, że w tego typu pracy nie powinny zdarzać się takie usterki. Pozycja ta zasługuje na uwagę i jest godna polecenia wszystkim nie tylko tym, którzy interesują się dziejami Kościoła katolickiego w Europie Środkowo-Wschodniej i twórczością profesora Bernharda Stasiewskiego. Anna Sobczak

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful