PARADOKSY KATOLICYZMU

Autor Ks. Robert Hugh Benson Wydawnictwo ORDO

SPIS TREŚCI SŁOWO WSTĘPNE 5 WPROWADZENIE I JEZUS CHRYSTUS, BÓG I CZŁOWIEK 7 WPROWADZENIE II KOŚCIÓŁ KATOLICKI, BOSKI I LUDZKI 19 ROZDZIAŁ I POKÓJ I WOJNA 29 ROZDZIAŁ II BOGACTWO I UBÓSTWO 41 ROZDZIAŁ III ŚWIĘTOŚĆ I GRZECH 53 ROZDZIAŁ IV RADOŚĆ I SMUTEK 65 ROZDZIAŁ V MIŁOŚĆ BOGA I MIŁOŚĆ CZŁOWIEKA 77 ROZDZIAŁ VI WIARA I ROZUM 91 ROZDZIAŁ VII WŁADZA I WOLNOŚĆ 105 ROZDZIAŁ VIII WSPÓLNOTOWOŚĆ I INDYWIDUALIZM 117 ROZDZIAŁ IX ŁAGODNOŚĆ I PRZEMOC 127 ROZDZIAŁ X SIEDEM SŁÓW 141 WPROWADZENIE 141 PIERWSZE SŁOWO 144 DRUGIE SŁOWO 148 TRZECIE SŁOWO 154 CZWARTE SŁOWO 159 PIĄTE SŁOWO 163 SZÓSTE SŁOWO 168 SIÓDME SŁOWO 173 ROZDZIAŁ XI ŻYCIE I ŚMIERĆ 179

SŁOWO WSTĘPNE Niniejsze kazania (zawarte na kolejnych stronach w znacznie skróconej formie) głoszone były zasadniczo w Anglii, w różnych miejscach i w różnym czasie, częściowo w Nowym Jorku w okresie Wielkiego Postu 1912 roku, a wreszcie, jako całość, w kościele San Silvestro in Capite w Rzymie, w Wielkim Poście 1912 roku. Niektóre z idei przedstawionych w tej książce zostały sformułowane już we wcześniejszym tomie, zatytułowanym Chrystus w swoim Kościele, a kilka z nich - w medytacjach nad Siedmioma Słowami1, w innej książce, ale w całkowicie odmiennym kontekście. Autor był zatem zdania, że w niniejszym zestawie rozważań lepiej zaryzykować powtórzenie, niż chaotyczność. Istnieje nadzieja, że powtórzeń jest stosunkowo niewiele.
1 Chodzi o siedem słów Jezusa na krzyżu.

Wszystkie przypisy, chyba że zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza. Wszystkie cytaty z Pisma Świętego oraz innych źródeł literackich zapisano kursywą, zarówno pojedyncze słowa, jak większe fragmenty.

Ks. Robert Hugh Benson Hare Street House, Buntingford Wielkanoc 1913 r. 7 WPROWADZENIE I JEZUS CHRYSTUS, BÓG I CZŁOWIEK Ja i ojciec jedno jesteśmy - J10,30. Ojciec większy jest ode mnie - J14, 28. Tajemnice Kościoła, jak to niegdyś obwieścił zdumionemu światu pewien materialistyczny uczony, profesor Huxley, to dziecinna igraszka, w porównaniu z tajemnicami natury. Oczywiście całkowicie się mylił, istnieje jednak usprawiedliwienie dla jego błędu. Bowiem, jak sam stwierdza, w owej stworzonej naturze, którą poznał tak dobrze, odnajdywał wszędzie anomalię za anomalią i paradoks za paradoksem, a o teologii nie wiedział nic, ponad jej najprostsze i najbardziej oczywiste twierdzenia. Możemy być zatem pewni - my, którzy rozumiemy, że tajemnice natury leżą mimo wszystko w ograniczo8 nym kręgu życia stworzonego, podczas gdy tajemnice łaski biegną ku najwyższej tajemnicy wiecznego życia Boga, które nie zostało stworzone - możemy być pewni, że jeśli natura jest tajemnicza i paradoksalna, to łaska będzie nieporównanie bardziej tajemnicza. Dla każdego paradoksu w świecie materii, w której środowisku zamknięte są nasze ciała, znajdziemy setkę paradoksów w sferze ducha, w której oddychają i poruszają się nasze duchy - te duchy, które same w sobie, dość paradoksalnie, zmuszone są pobudzać do działania, podlegając ograniczeniom materii. Aby zatem odnaleźć te tajemnice, nie musimy szukać daleko, a jedynie w owym niewielkim odbiciu nadprzyrodzonego, które nazywamy samym sobą, w tej cienkiej nici doświadczenia, którą zwiemy „życiem duchowym". Jak to się na przykład dzieje, że w pewnym stanie ducha religia jest lampą dla naszej mrocznej egzystencji, a w innym stanowi jedyny ciemny punkt w świecie przyjemności? Raz jest jedyną rzeczą, która sprawia, że w ogóle warto żyć, a innym razem staje się jedyną przeszkodą dla naszego zadowolenia? Jakie są owe smutne i radosne tajemnice życia ludzkiego, wzajemnie sprzeczne, a jednak (jak w Różańcu) wiodące razem do tych, które są chwalebne? Zwróćcie się ku męce Pańskiej, która leży u podłoża tych tajemnic 9 - męce, zwanej miłością - i zobaczcie, czy jest coś bardziej niewytłumaczalnego, niż takie wyjaśnienie. Czym jest zatem ta męka, która zamienia radość w smutek, a smutek w radość - jaki jest motyw skłaniający człowieka do utraty życia, które może zachować, zamieniający gorycz w słodycz i sprawiający, że ostatecznie krzyż staje się niczym więcej, jak tylko lekkim brzemieniem, motyw, który powoduje, że człowiek odnajduje swoje centrum poza swym własnym kręgiem, a największą przyjemność sprawia mu

pozbawienie się przyjemności? Co to za moc, która tak często napełnia nas radością; zanim przystąpimy do pracy, a naszą pracę nagradza ciemnością opuszczenia? Jeśli zatem nasze życie wewnętrzne jest pełne paradoksów i oczywistych sprzeczności - a każda dusza, która dokonała jakiegokolwiek postępu, postrzega to w taki właśnie sposób - powinniśmy w sposób naturalny oczekiwać, że Boskie życie Jezusa Chrystusa na ziemi, które jest centralnym obiektywnym Światłem Świata odbitym w nas samych, winno być pełne jeszcze bardziej zdumiewających anomalii. Zbadajmy przekazy na temat tego życia i zobaczmy, czy tak jest. W tym celu wyobraźmy sobie, że takiej analizy dokonuje badacz, który nigdy nie poznał tradycji chrześcijańskiej. 10 Oczywiście rozpoczyna lekturę z założeniem, że to życie jest takie samo, jak inne, a ten człowiek - taki jak inni ludzie. W miarę jak czyta znajduje mnóstwo potwierdzeń dla tej teorii. Oto ktoś, zrodzony z niewiasty, głodny i spragniony w czasie drogi, wzrastający w mądrości. Ktoś, kto pracuje w warsztacie cieśli, raduje się i smuci. Ktoś, kto ma przyjaciół i wrogów, kogo jeden opuszcza, a inny obraża - kto rzeczywiście przechodzi przez wszystkie te doświadczenia ludzkiego życia, którym podlega rodzaj ludzki - ktoś, kto umiera jak inni ludzie i zostaje złożony do grobu. Nawet cuda tego życia badacz stara się wytłumaczyć wspaniałym człowieczeństwem Jego bohatera. Można sobie wyobrazić - powiedział jeden taki badacz - jak to się działo, że magia Jego obecności była tak wielka - magia Jego prostego, a jednak doskonałego człowieczeństwa - że niewidomi otwierali oczy, aby zobaczyć piękno Jego twarzy, a głusi - uszy, aby Go słyszeć. Jednak kiedy ów badacz czyta dalej, zaczyna napotykać problemy. Jeśli ten człowiek był jedynie człowiekiem, jakkolwiek doskonałym i cudownym, jak to jest, że Jego świętość wydaje się biec odmiennymi drogami, niż u innych świętych? Inni doskonali ludzie, kiedy osiągnęli doskonałość, byli najbardziej świadomi niedoskonałości. Inni święci, kiedy byli bliżej Boga, biadali nad 11 swoim oddaleniem od Niego. Inni nauczyciele życia duchowego zawsze wskazywali na coś odległego od nich samych i ich braków wobec odwiecznego prawa, do którego także dążyli. Jednak u tego człowieka wszystko wydaje się przebiegać na odwrót. On, kiedy stanął wobec świata, wzywał ludzi, aby Go naśladowali, a nie - jak to czynili inni przywódcy - aby unikali Jego grzechów. Ten człowiek, zamiast wskazywać naprzód i w górę, wskazywał siebie samego, jako drogę do Ojca. Daleki od oddawania czci prawdzie, do której dążył, nazywał siebie samego jej ucieleśnieniem. Zamiast opisywać życie, którego także miał nadzieję pewnego dnia dostąpić, nakazywał swoim słuchaczom, aby patrzyli na Niego samego, który był ich życiem. Daleki od ubolewania wobec swych przyjaciół nad grzechami, z którymi się boryka, rzucał swym wrogom wyzwanie, aby znaleźli w Nim jakikolwiek grzech. Jest w Nim niezwykła świadomość samego siebie, która nie ma w sobie nic z „samego siebie", tak jak jest to zwykle rozumiane. W końcu może się zdarzyć, że nasz badacz podejdzie do Ewangelii z nowym założeniem. Pomyśli, iż mylił się w swojej interpretacji, że życie takie jak to było w ogóle ludzkie. „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia2." Powtarza

2 J7,46.

12 za Ewangelią: „Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?3 Poza wszystkim, w jaki sposób - zadaje sobie pytanie - człowiek mógłby się urodzić bez ludzkiego ojca, jak powstać z martwych trzeciego dnia?". Albo: jaki sposób takie cuda można w ogóle odnosić do kogoś, kto nie był kimś więcej, niż inni ludzie?". Zaczyna więc raz jeszcze. Oto, mówi sobie, dawna baśń staje się rzeczywistością. Oto Bóg zstępuje, aby zamieszkać między ludźmi. Oto rozwiązanie wszystkich problemów. I znowu jest zdumiony. Jak bowiem Bóg może być zmęczony drogą, pracować w warsztacie i umrzeć na krzyżu? Jak Odwieczne Słowo może milczeć przez trzydzieści lat? Jak nieskończony może leżeć w żłobie? Jak Źródło życia może podlegać śmierci? W rozpaczy zwraca się - miotając się od jednej teorii do drugiej - ku słowom samego Chrystusa i konsternacja pogłębia się z każdym stwierdzeniem. Jeśli Chrystus jest człowiekiem, jak może mówić: Ja i Ojciec jedno jesteśmy7 Jeśli Chrystus jest Bogiem, jak może twierdzić, że Jego Ojciec jest większy od Niego? Jeśli Chrystus jest człowiekiem, jak może mówić: Zanim Abraham stał się, Ja jestem4? Jeśli Chrystus jest Bogiem, jak może nazywać siebie Synem Człowieczym.
3 Mt8, 27. 4J 8,58.

13 Zwróćmy się ku duchowemu nauczaniu Jezusa Chrystusa i znowu problem goni problem, a paradoks - paradoks. Oto Ten, który przyszedł ukoić ludzki smutek i dać spoczynek znużonemu, Ten, który oferuje słodkie jarzmo i lekkie brzemię, mówiąc, że nikt nie może być Jego uczniem, jeśli nie weźmie najcięższego ze swych brzemion i nie podąży za Nim w górę. Oto on, Lekarz dusz i ciał, który przeszedł dobrze czyniąc5, który dał przykład działania w służbie Boga, mówiąc o cichej bierności Marii, jako o najlepszej części, która nie zostanie jej odebrana. Oto w jednej chwili odwraca się z blaskiem walki w oczach, nakazując swym przyjaciołom, którzy nie mają mieczy, aby sprzedali swoje płaszcze i kupili je6. A innym razem nakazuje, aby schowali te miecze do pochew, ponieważ Królestwo Jego nie jest z tego świata7. Oto rozjemca, raz wypowiadający swoje błogosławieństwo dla tych, którzy czynią pokój, a innym razem wołający, że nie przyszedł przynieść pokoju, ale miecz8. Oto Ten, co nazywa błogosławionym tych, którzy się smucą9, nakazując
5 Dz 10,38. 6 Łk 22,36-38. 7 J 18,36. 8 Mt 10,34. 9 Mt 5,4.

14 swoim uczniom cieszyć się i radować10. Czy kiedykolwiek istniał taki paradoks, taka konsternacja i takie problemy? Wydaje się, że zarówno w Jego osobie, jak i w Jego

nauczaniu nie ma spoczynku ani rozwiązania. Co sądzicie o Mesjaszu? Czyim jest synem711 Katolickie nauczanie oferuje oczywiście klucz do tych pytań. Jednak jest to klucz, podobnie jak wszystkie klucze, sam w sobie tak skomplikowany, jak zamki, które jedynie on może otworzyć. Heretycy jeden po drugim poszukiwali uproszczenia i w ten sposób, jeden po drugim, dochodzili do pomieszania. Chrystus jest Bogiem, wołali dokeci. Wytnijmy zatem z Ewangelii wszystko, co mówi o rzeczywistości Jego człowieczeństwa! Bóg nie może krwawić, ani cierpieć, ani umrzeć. Bóg nie może być zmęczony. Bóg nie może odczuwać ludzkiego smutku. Chrystus jest człowiekiem, woła współczesny krytyk. Zatem wyrwijmy z Ewangelii Jego narodzenie z Dziewicy i Jego Zmartwychwstanie! Bowiem jedynie katolik może przyjąć Ewangelie tak, jak zostały napisane. Tylko człowiek, który wierzy, że Chrystus jest zarówno Bogiem, jak i człowiekiem, który jest gotów uwierzyć w to i pokłonić
10 Mt5,12. 11 Mt 22,42.

15 się przed tym paradoksem paradoksów, który nazywamy Wcieleniem, zaakceptować oślepiającą tajemnicę, że nieskończona i skończona natura zostały zjednoczone w jednej osobie, że Odwieczny wyraża się w czasie i że Stwórca, który nie został stworzony, zjednoczył ze sobą Stworzenie - jednym słowem, tylko katolik może sprostać, bez wyjątku, tajemniczym zjawiskom życia Chrystusa. Zwróćmy się teraz znowu ku tajemnicom naszego ograniczonego życia i - jak w dalekiej, widmowej paraleli - zaczynamy rozumieć. Ponieważ my także, na swoją miarę, mamy podwójną naturę. Albowiem jak rozumna dusza i ciało jednym są człowiekiem, tak Bóg i człowiek jednym są Chrystusem12. Tak, jak dwie natury Chrystusa - jak Jego doskonała Boskość zjednoczona z Jego doskonałym człowieczeństwem - tkwią w samym sercu problemów, które prezentuje Jego życie, tak również nasze podobieństwo z gliną, z której wyszły nasze ciała oraz z Ojcem Duchów, który tchnął
12 Fragment tzw. atanazjańskiego wyznania wiary, czyli symbolu Quicumque, który był przypisywany św. Atanazemu (zm. 372), chociaż powstał na Zachodzie już po Pierwszym Soborze Konstantynopolitańskim (381). Po raz pierwszy przytacza go Cezary z Arles (zm. 542), ale historycy datują to wyznanie wiary na okres pomiędzy 450 a 500 rokiem i przypisują go szkole leryńskiej. Wyznanie wiary Quicumque przyjmowane jest w Kościele rzymskokatolickim, a także wśród anglikanów - przyp. red.

16 w nas żyjące dusze, tłumaczy sprzeczności naszego własnego doświadczenia. Gdybyśmy byli tylko bezrozumnymi zwierzętami, moglibyśmy być tak szczęśliwi jak zwierzęta. Gdybyśmy byli jedynie bezcielesnymi duchami, które wpatrują się w Boga, radość aniołów byłaby naszym udziałem. Jednak jeśli przyjmiemy każdą z tych prawd, jakby to była jedyna prawda, z pewnością popełnimy błąd. Jeśli żyjemy jak zwierzęta, nie możemy zatopić się w ich zadowoleniu, ponieważ nie pozwoli nam na to nasza nieśmiertelna cząstka. Jeśli zaniedbujemy albo kwestionujemy słuszne żądania ciała,

to znieważone ciało ściąga w dół naszą nieśmiertelną duszę. Sama akceptacja dwoistej natury Chrystusa rozwiązuje problemy Ewangelii. Sama akceptacja dwoistości naszej natury pozwala nam żyć tak, jak to zamierza Bóg. W ten sposób dwa tryby naszego funkcjonowania: duchowy i fizyczny wznoszą się i opadają, kiedy jedna lub druga strona zdobywa przewagę. Raz nasza religia jest brzemieniem dla ciała, raz jest ćwiczeniem, którym rozkoszuje się nasza dusza. Raz jest jedyną rzeczą, która sprawia, że warto żyć, a raz jedyną rzeczą, która hamuje nasze zadowolenie z życia. Te nastroje występują naprzemiennie, w sposób nieunikniony i nieodparty, na tyle, na ile pozwalamy, aby rów17 nowaga naszych części została naruszona i zachwiana. I tak ostatecznie zarezerwowana jest dla nas radość, ani nie zwierząt, ani nie aniołów, ale radość człowieczeństwa. Jesteśmy wyżej, niż te pierwsze, jesteśmy niżej, niż ci drudzy, możemy więc zostać ukoronowani przez Tego, który w tym samym człowieczeństwie zasiada na tronie Boga. Tyle zatem tytułem wstępu. Zobaczyliśmy, jak sam paradoks Wcielenia jest adekwatny do zjawisk zapisanych w Ewangelii - jak ten najwyższy paradoks stanowi klucz do całej reszty. Dalej będziemy się starali zobaczyć, w jaki sposób stanowi także klucz do innych paradoksów religii, do trudności, które przedstawia historia katolicyzmu. Kościół katolicki jest bowiem przedłużeniem życia Chrystusa na ziemi. Kościół katolicki zatem, to dziwne pomieszanie tajemnicy i zdrowego rozsądku, tę jedność ziemi i niebios, gliny i ognia, może zrozumieć jedynie ten, kto akceptuje go jako zarówno Boski, jak i ludzki, ponieważ nie jest on niczym innym, jak - mówiąc po ludzku mistycznym przedstawieniem Tego, który, chociaż Nieskończony Bóg i Odwieczny Stwórca, przyjął postać sługi13, Tego, który będąc zawsze w łonie Ojca14, przez wzgląd na nas zstąpił z nieba15.
13 Flp 2,7. 14 J1,18. 15 J6,51.

19 WPROWADZENIE II KOŚCIÓŁ KATOLICKI, BOSKI I LUDZKI Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie... Zejdź mi Z oczu, szatanie! Jesteś mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki - Mt 16, 17. 23. Zobaczyliśmy, w jaki sposób jedyna możliwość pogodzenia paradoksów Ewangelii leży w doktrynie katolickiej. Tylko dla człowieka, który wierzy, że Jezus Chrystus jest doskonałym Bogiem i doskonałym człowiekiem, zapis Ewangelii jest spójny i zrozumiały. Heretycy - ludzie, którzy w większej części albo odrzucili, albo dodali coś do natchnionego zapisu - byli tymi, którzy albo przyjęli Boskość Chrystusa i odrzucili dowody Jego człowieczeństwa, albo przyjęli Jego człowieczeństwo i odrzucili dowody Jego Boskości. W pierwszych wiekach zasadniczo przyjmowali Jego Boskość i odrzucając Jego człowie20

czeństwo - wymyślali dziecinne cuda, które, jak sądzili, są właściwe Bogu zamieszkującemu na ziemi pod postacią ułudy człowieczeństwa. Obecnie, odrzucając Jego Boskość, odrzucają także te cuda, dla których jedynie Jego Boskość stanowi odpowiednie wytłumaczenie. Kościół katolicki jest przedłużeniem Wcielenia. On także (chociaż, jak zobaczymy, paralela nie jest doskonała) posiada naturę Boską i ludzką, i jedynie to może uzasadnić paradoksy jego historii, a owe paradoksy zostały albo przepowiedziane przez Chrystusa - to jest przedstawione jako część Jego duchowego nauczania - albo faktycznie objawione w Jego życiu. (Możemy uznać, że symbolizują je, by tak rzec, owe słowa Naszego Pana do św. Piotra, w których najpierw błogosławi go jako człowieka natchnionego przez Boga, a następnie, niemal równocześnie, upomina go jako tego, który w najlepszym przypadku nie może wznieść się wyżej, niż na poziom ziemskiego ideału.) Ponieważ wyobraziliśmy już sobie życzliwie usposobionego badacza podchodzącego po raz pierwszy do problemów Ewangelii, wyobraźmy sobie teraz znowu takiego człowieka, w którym obudził się świt wiary, napotykającego zapis Tradycji katolickiej. 21 Na początku wszystko wydaje mu się Boskie. Widzi na przykład, jak niezwykle wyjątkowy jest Kościół, jak niepodobny do wszystkich innych ludzkich społeczności. Inne społeczności zależą, co do samej istoty swej egzystencji, od sprzyjającego środowiska ludzkiego. On kwitnie w najbardziej niesprzyjającym. Inne społeczności mają swoje pięć minut, a potem następuje rozkład i zepsucie. On jeden nie zna zepsucia. Inne dynastie wzrastają i upadają. Dynastia Piotra Rybaka pozostaje niewzruszona. Inne powodują zwiększanie się i zmniejszanie światowego wpływu, którym mogą kierować. On jest zazwyczaj najbardziej skuteczny, kiedy jego ziemskie zainteresowanie znajduje się w najniższym punkcie. Albo znów zakochuje się w Boskiej piękności Kościoła i dostrzega w każdym jego najmniejszym działaniu łaskę, której nie rozumie. Zauważa ze zdziwieniem, jak Kościół bierze ludzkie, śmiertelne sprawy - wymierający pogański język, zubożoną architekturę, dziecięcą naukę czy filozofię - i przelewa w nie własną nieśmiertelność. Bierze wiejskie przesądy i - zatrzymując ich przypadki, przekształca je w prawdę. Bierze zwyczaje czy ryty pogańskiej społeczności - i czyni z nich symbole żywego kultu. A we wszystko wlewa ducha, który jest w całości 22 jego własnym duchem - ducha delikatnej łaski i piękna, którego sekret jedynie on posiada. Zatem człowiek ów dostrzega właśnie Boskość Kościoła, i słusznie. Ale, co niewłaściwe, wyciąga jednostronne wnioski. Jeśli Kościół jest taki doskonały, argumentuje (przynajmniej podświadomie), nie może być niczym innym, jak tylko czymś doskonałym. Jeśli jest taki Boski, nie może być w żadnym sensie ludzki. Wszyscy jego biskupi muszą być świętymi, jego kapłani - błyszczącymi światłami, jego wierni gwiazdami na firmamencie. Jeśli jest Boski, jego polityka musi być nieomylna, wszystkie jego działania - miłosierne, jego najmniejsze poruszenia - natchnione. Nigdzie nie może

być jakiejkolwiek brutalności, żadnego egoizmu, żadnej ambicji, żadnej chwiejności. Jak mogłyby być, skoro Kościół jest Boski? Takie są jego pierwsze odczucia. A potem, po trochu, zaczyna się jego rozczarowanie. Kiedy bowiem człowiek ten bada głębiej zapis Tradycji Kościoła, zaczyna napotykać dowody jego człowieczeństwa. Czyta historię i odkrywa tu i ówdzie biskupa, co swym charakterem moralnym niewiele przypomina Tego, którego jest Namiestnikiem. Napotyka księdza odstępcę. Słyszy o jakimś barbarzyństwie dokonanym w imię Chrystusa. Rozmawia z konwertytą, 23 który powrócił z zadowoleniem do Miasta Chaosu16. Wysłuchuje radosnej relacji o historii rodziny, która zachowała wiarę przez cały okres prześladowań, a straciła ją w dobie tolerancji. Jest wstrząśnięty i skonsternowany. „Jak takie rzeczy mogą się zdarzać w społeczności, która jest Boska? A ja się spodziewałem, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim17...!" Kolejny człowiek podchodzi do zapisu Tradycji katolickiej od innej strony. Dla niego Kościół jest społecznością ludzką i niczym więcej - i rzeczywiście znajduje tysiące potwierdzeń swej teorii. Widzi zdumiewający sukces Kościoła w pierwszych wiekach chrześcijaństwa - szybkie rozprzestrzenianie się jego dogmatów i wzrost jego wpływów - i nie dostrzega za tymi rzeczami niczego więcej, niż tylko pomyślną okoliczność istnienia imperium rzymskiego. Albo widzi gwałtowny i szybki wzrost potęgi biskupa rzymskiego i wyjaśnia to szczęśliwym trafem, który przesunął centrum imperium na wschód, pozostawiając w Rzymie dawny prestiż i pusty tron. Widzi, jak Kościół skorzystał na podziałach w Europie. Jak odziedziczył stary łaciński geniusz prawa i porządku. I znajduje w tych rzeczach wyjaśnienie jego jedności
16 Iz 24,10. 17 Łk 24, 21.

24 i jego prawa do rządzenia książętami i królami. Kościół jest dla niego jedynie ludzki, i nic więcej. Na pierwszy rzut oka nie ma zjawiska w życiu Kościoła, dla którego nie może znaleźć ludzkiego wytłumaczenia. Kościół jest interesujący jako wypadkowa niezliczonych skomplikowanych sił. Jest godny czci jako najstarsza spójna społeczność w Europie. Wykorzystuje włoską dyplomację. Jest przenikliwy, niestrudzony i wytrwały. Ale nie jest niczym więcej. A potem, kiedy wchodzi głębiej, zaczyna napotykać zjawiska, które nie pasują tak łatwo do jego spójnych teoryjek. Jeśli jest tylko ludzki, dlaczego wydaje się, że prawa wszystkich innych ludzkich społeczności nie mają nań wpływu? Dlaczego tylko on jeden nie wykazuje skłonności do rozkładu i zgnilizny? Dlaczego nie rozpadł się także na części składowe, z których jest złożony? Jak to jest, że zachował swoją jedność, wobec której wszystkie ziemskie rodzaje jedności są jedynie cieniami? Albo napotyka zjawiska świętości Kościoła i zaczyna dostrzegać, że różnica pomiędzy charakterem, jaki Kościół wytwarza w swoich świętych, a charakterem najszlachetniejszych spośród tych, którzy mu nie podlegają, jest różnicą co do rodzaju, a nie co do stopnia świętości. Jeśli Kościół jest wyłącznie średniowieczny, jak to się dzieje, że tylko 25

on potrafi dojść do porozumienia z Orientem na własnych zasadach? Jeśli jest wyłącznie skutkiem ziemskich okoliczności, jak to jest, że jego duchowy wpływ nie wykazuje żadnych oznak zmniejszania się, skoro siły, które pomogły go zbudować, są rozproszone? Zatem również ta teoria staje się mniej pewna. Jeśli Kościół jest ludzki, dlaczego jest w tak oczywisty sposób Boski? Jeśli jest Boski, skąd pochodzi jego oczywiste człowieczeństwo? Wiele lat temu ludzie pytali: Jeśli Chrystus był Bogiem, jak mógł chodzić skrajem drogi i umrzeć na Krzyżu? Dziś ludzie pytają: Jeśli Chrystus był człowiekiem, jak mógł wyrzucać złe duchy i powstać z martwych? Wracamy zatem do odpowiedzi katolickiej. Potraktujcie Kościół katolicki jako wyłącznie Boski, a potkniecie się o jego skandale, jego błędy i jego braki. Potraktujcie go jako wyłącznie ludzki, a zostaniecie uciszeni przez jego cuda, jego świętość i jego wieczne zmartwychwstania. Oczywiście Kościół katolicki jest ludzki. Składa się z omylnych ludzi, a jego człowieczeństwo nie jest chronione przed atakami grzechu nawet w taki sposób, w jaki było chronione człowieczeństwo Chrystusa. 26 Zatem zawsze zdarzały się w nim skandale i zawsze będą się zdarzać. Papieże mogą zdradzać zaufanie we wszystkich ludzkich sprawach, księża - swoje owce, świeccy swoją wiarę. Nikt nie jest bezpieczny. A ponieważ Kościół jest ludzki, jest absolutną prawdą, że skorzystał z ludzkich okoliczności dla zapewnienia wzrostu swej potęgi. Niewątpliwie to istnienie cesarstwa rzymskiego, z jego drogami, szybkimi środkami transportu i organizacją, umożliwiło szybkie rozpowszechnienie Ewangelii w pierwszych wiekach. Niewątpliwie to pusty tron cezara i prestiż Rzymu wpłynęły na przyjęcie przez świat Tronu Piotrowego. Niewątpliwie to podziały Europy scementowały jedność Kościoła i spowodowały, że ludzie zaczęli się zwracać ku Najwyższemu Autorytetowi, który mógłby uporządkować ich trudności. Nie ma właściwie żadnego początku ludzkich spraw, w który Kościół by się nie zanurzył, nie ma okazji, którą by przegapił. Ludzkie sprawy, ludzkie grzechy i słabości, a także ludzkie cnoty, wszystkie przyczyniają się do jego potęgi. Tak wzrasta drzewo, nawet w nieprzyjaznej glebie. Skały, które zatrzymują korzenie, później stają się ich oparciem. Bogata gleba, oczekująca na użytkownika, dała życie liściom. Wiatry, które narażały na niebezpieczeństwo młodą sadzonkę, pomogły też 27 rozwinąć jej siłę oporu. Jednak to wszystko jeszcze nie czyni drzewa. Bowiem człowieczeństwo Kościoła, chociaż jest ciałem, w którym mieszka jego Boskość, nie stwarza tej Boskości. Z pewnością ludzkie okoliczności wpłynęły na rozwój Kościoła, jednak cóż, jak nie Boska Opatrzność, nakazała i rozwinęła owe ludzkie okoliczności? Cóż, jak nie ta sama moc, która zamieszkuje w Kościele, mieszkała także i bez niego i sprawiła, że Kościół zyskał korzenie w czasie i miejscu najkorzystniejszym dla swego wzrostu? Z pewnością jest ludzki. Może być tak, że jego przywódcy będą ze sobą niezgodni w kwestiach ludzkich - w nauce, polityce i dyscyplinie. Jak to zatem jest, że nie są ze sobą niezgodni w sprawach Boskich? Zakładając, że jeden papież zmienia

politykę swojego poprzednika, cóż go powstrzymuje przed odwróceniem także teologii? Z pewnością były w Kościele przerażające skandale, śmiertelni grzesznicy, bluźnierczy odstępcy - ale cóż powiemy o jego świętych? Przede wszystkim Kościół daje dowód swej Boskości poprzez sam ten znak, na który wskazał Chrystus, jako na dowód dla siebie samego. Zakładając, że Kościół każdego dnia umiera18, że w jakimś stuleciu i w jakimś kraju
18 1Kor 15,31.

28 jego dzieło ponosi porażkę, że jego nauka jest dyskredytowana w jednym pokoleniu, jego aktywna moralność w drugim, a jego ideały w kolejnym, jak to się dzieje, że również codziennie zmartwychwstaje, że jego stare symbole znowu podnoszą się z ruin, że jego cnoty są oklaskiwane przez dzieci ludzi, którzy go porzucili, że jego dzwony i jego muzyka na nowo rozbrzmiewają tam, gdzie niegdyś jego kościoły i domy pozostawiono opustoszałe? Oto zatem katolicka odpowiedź, i jest to jedyna odpowiedź, która ma sens w historii, ponieważ to doktryna katolicka jest jedyną, która ma sens w kontekście zapisu Ewangelii. Odpowiedź, identyczna w obu przypadkach, jest następująca - jedyne wytłumaczenie zjawisk Ewangelii i historii Kościoła jest takie, że życie, które je zrodziło, jest zarówno ludzkie, jak i Boskie. 29 ROZDZIAŁ I POKÓJ I WOJNA Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi Mt 5, 9. Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz - Mt 10, 34. Rozważyliśmy jak to się dzieje, że kluczem do paradoksów Ewangelii i kluczem do paradoksów katolicyzmu jest jeden i ten sam fakt, iż życie, które je tworzy, jest równocześnie Boskie i ludzkie. Przejdźmy teraz do rozważań, w jaki sposób rozwiązuje to paradoksy katolicyzmu, zwłaszcza te, z których czynią nam zarzut nasi przeciwnicy. Żyjemy bowiem w czasach, kiedy ludzie inteligentni nie uważają już katolicyzmu za zbyt absurdalny, aby z nim dyskutować. Ci, którzy w związku ze swoją postawą znajdują się poza naszymi granicami, podają konkretne powody. Wysuwane są konkretne oskarżenia, które trzeba albo przyjąć, albo obalić. 30 To prawda, że stojący poza murami Miasta Pokoju nic nie wiedzą o życiu, jakie wiodą wewnątrz jego mieszkańcy, nic - o harmonii i pocieszeniu, które może dać tylko katolicyzm, jednak jest możliwe, że o pewnych kwestiach, na przykład w ogólnych zarysach o kształcie tego miasta na tle nieba, o miejscu, jakie zajmuje w świecie, o jego szerokim wpływie na ludzkie życie w ogóle, ci bezstronni obserwatorzy wiedzą więcej,

niż ów pobożny, który w pokoju zamieszkuje wewnątrz. Rozważmy zatem ich refleksje, niekoniecznie jako całkowicie fałszywe. Możliwe, że ujrzeli przelotnie coś, co my przegapiliśmy i dostrzegli relacje, które my albo uznajemy za rzecz oczywistą, albo których zupełnie nie udało nam się zobaczyć. Może być tak, że owe oskarżenia okażą się argumentami na naszą korzyść. Słyszymy, że każda światowa religia, która zasługuje na tę nazwę, za swój główny cel i swoje podstawowe prawo uważa ustanowienie albo popieranie pokoju między ludźmi. Dokładnie tak było w pierwszych dniach chrześcijaństwa. Tb właśnie przepowiedział wielki prorok na temat działania chrześcijaństwa, kiedy jego Boski Założyciel przyjdzie na ziemię. Natura odzyska swą utraconą harmonię, a waśnie między ludźmi ustaną, kiedy 31 przybędzie On, Książę Pokoju. Zwierzęta będą leżały razem w przyjaźni, wilk i baranek oraz pantera z koźlęciem19. Co więcej, to właśnie Posłanie Pokoju aniołowie głosili nad Jego kołyską w Betlejem. To właśnie dar pokoju On sam obiecał swoim uczniom. To właśnie Boży Pokój, który przewyższa wszelką wiedzę20 powierzył wielki Apostoł swym nawróconym. Jak zatem słyszymy, to stanowi istotę chrześcijaństwa. Najwyższym błogosławieństwem dla czyniących pokój jest właśnie to, że będą nazwani synami Bożymi21. Jednak kiedy zwrócimy się ku katolicyzmowi, jesteśmy zmuszeni widzieć w nim nie tego, który gromadzi, ale tego, który rozprasza, nie córę pokoju, ale matkę niezgody. Czy jest dziś jakiś udręczony kraj w Europie, który nie zawdzięcza przynajmniej części swych niedoli roszczeniom katolicyzmu? Czyż to nie katolicyzm leży u korzeni podzielonej lojalności Francji, nieszczęść Portugalii i waśni Włoch? Przyjrzyjcie się historii, a znajdziecie wszędzie tę samą opowieść. Co tak często zakłócało politykę Anglii pomiędzy dwunastym a piętnastym wiekiem i rozdarło ją na dwoje w szesnastym wieku, je-19 Iz 11,6.
20 Ef3,19. 21 Mt5,9.

32 śli nie zdecydowany opór dojrzewającego narodu przeciwko tyranii Rzymu? Co stoi za wojnami religijnymi w Europie, za stosami Smithfield22, za kołem tortur Elżbiety I, za krwią nocy Św. Bartłomieja, jeśli nie owa nietolerancyjna i nieznośna religia, która nie doszłaby do porozumienia nawet z najrozsądniejszym ze swych przeciwników? Oczywiście nie da się całkowicie rozłożyć winy i powiedzieć, że w każdym konkretnym przypadku to katolicy byli agresorem, ale prawdą jest przynajmniej stwierdzenie, że to katolickie zasady stwarzały okazję, a katolickie roszczenia były niefortunną przyczyną całej tej niezmierzonej powodzi ludzkiego nieszczęścia. Zatem jakże osobliwie niepodobna - słyszymy - jest ta religia waśni do religii Jezusa Chrystusa, religia wszystkich tych praw i twierdzeń dogmatycznych oraz dotyczących dyscypliny - do łagodności Ubogiego Człowieka z Nazaretu! Jeśli istnieje dzisiaj gdziekolwiek na świecie prawdziwe chrześcijaństwo, to jest ono ukryte nie pośród

takich, jak ci. Należy go raczej szukać pomiędzy łagodnymi humanitarystami naszego własnego i każdego innego kraju - pomiędzy ludźmi, którzy walczą o pokój
22 Za panowania królowej Marii, w latach 1553-1558 w Smithfield spalono na stosie około trzystu protestantów za herezję.

33 za wszelką cenę, ludźmi, których najważniejsze cnoty to tolerancja i miłosierdzie, ludźmi, którzy zasłużyli - o ile w ogóle komuś się to udało - na błogosławieństwo bycia nazwanym synami Bożymi23. Od życia katolicyzmu zwracamy się ku życiu Jezusa Chrystusa i na pierwszy rzut oka faktycznie wydaje się, jakby owo przeciwstawienie było uprawnione. Nie możemy zakwestionować zarzutów naszego krytyka. Każde z jego historycznych twierdzeń jest prawdziwe. Tb rzeczywiście prawda, że katolicyzm dał sposobność do większego rozlewu krwi, niż jakakolwiek ambicja czy zazdrość człowieka. Dalej, prawdą jest, że Jezus Chrystus wypowiedział to błogosławieństwo, że nakazał swym wyznawcom poszukiwać pokoju i że w szczytowym punkcie swego wyniesienia powierzył im pokój, którym jedynie On może obdarzyć. Jednak kiedy przyjrzymy się temu bliżej, sprawa nie jest taka prosta. Przede wszystkim, jaki był rzeczywiście bezpośredni, natychmiastowy wpływ życia i osobowości Jezusa Chrystusa na społeczeństwo, w którym żył, jeśli nie waśnie, rozlew krwi i nieszczęście, które
23 Mt5,9.

34 zarzuca się Jego Kościołowi? To właśnie dokładnie z tego powodu wydano Go w ręce Piłata. Podburza naród. Siebie podaje za Króla24. Jest kontrowersyjnym demagogiem, nielojalnym obywatelem, zagrożeniem dla rzymskiego pokoju. I rzeczywiście wydaje się, że istnieje usprawiedliwienie dla tych oskarżeń. To nie język współczesnego „humanitarysty", współczesnego tolerancyjnego „chrześcijanina" spływał z Boskich warg Jezusa Chrystusa. Idźcie i powiedzcie temu lisowi25, wykrzykuje o władcy swego ludu. Podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Obłudnicy!26 Takiego języka używa w stosunku do przedstawicieli religii Izraela. Czy to sposób mówienia, jaki słyszymy z ust współczesnych przywódców religijnych? Czy język taki jak ten byłby choć przez chwilę tolerowany przez współczesny, humanitarny kler? Czy można sobie wyobrazić bardziej podżegający sposób mówienia, bardziej „niechrześcijańskie uczucia", jak by je nazwano dzisiaj, niż owe słowa wypowiedziane nie przez kogo innego, a przez Boskiego Założyciela chrześcijaństwa? A co powiecie o tej zadzi-24 Łk 23, 2.
25 Łk 13,32. 26 Mt23, 27.

35 wiającej scenie, kiedy rozrzucił sprzęty po dziedzińcach świątynnych?

Co do wpływu takich słów i metod, Nasz Pan sam jest dość jednoznaczny. „Nie popełnijcie błędu", woła do współczesnych humanitarystów, którzy roszczą sobie prawo do wyłączności na reprezentowanie Go. „Nie popełnijcie błędu. Nie przyszedłem przynieść pokoju27 za wszelką cenę. Są gorsze rzeczy, niż wojna i rzeź. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz28- Przychodzę dzielić rodziny29, a nie jednoczyć, rozdzierać królestwa, nie łączyć. Przychodzę postawić matkę przeciw córce, a córkę przeciw matce30. Przychodzę ustanowić nie powszechną tolerancję, ale powszechną prawdę". Jak można zatem pogodzić ten paradoks? W jakim sensie jest możliwe, aby skutkiem wpływu Osobowości Księcia Pokoju, a zatem wpływu Jego Kościoła, pomimo ich twierdzeń, że są przyjaciółmi pokoju, był nie pokój, ale miecz? Kościół katolicki jest społecznością ludzką. Tb znaczy, że składa się z jednostek ludzkich. Zależy, mówiąc
27 28 29 30 Mt Mt Łk Łk 10,34. 10,34. 12, 52. 12,53.

36 po ludzku, od ludzkich okoliczności. Może zostać zaatakowany, osłabiony i rozbrojony przez ludzkich wrogów. Mieszka pośrodku ludzkiej społeczności i to z ludzką społecznością musi sobie radzić. Gdyby Kościół nie był ludzki - gdyby był wyłącznie społecznością Boską, dalekim miastem w niebiosach, przyszłym, odległym ideałem, do którego społeczność ludzka się przybliża, wtedy w ogóle nie byłoby konfliktu. Kościół nigdy nie doświadczyłby szokującego spotkania oko w oko z namiętnościami i antagonizmami ludzi. Mógłby powstrzymać, od czasu do czasu, swoje Rady Doskonałości31, swoje wezwania do doskonalszego życia, gdyby nie one właśnie były kluczowymi i aktualnymi zasadami, które zobowiązany jest propagować pośród ludzi. I znowu - gdyby Kościół był całkowicie ludzki, nie byłoby konfliktu. Gdyby został wywyższony, wyłącznie jako wynik najsubtelniejszej myśli religijnej świata, apogeum osiągnięcia duchowego, także mógłby pójść na kompromis, mógłby się powstrzymać, mógłby być cicho. Ale on jest zarówno ludzki, jak i Boski, dlatego jego działania wojenne są pewne i nieuniknione.
31 Inaczej rady ewangeliczne: ubóstwo, czystość i posłuszeństwo.

37 Zamieszkuje bowiem pośrodku królestw tego świata, a te są utworzone, w każdym razie obecnie, na całkowicie ludzkich podstawach. W dzisiejszych czasach mężowie stanu i królowie nie opierają swojej polityki na nadprzyrodzonych okolicznościach. Ich celem jest rządzenie poddanymi, sprzyjanie pokojowi i jedności tychże poddanych, prowadzenie wojny, jeśli zajdzie taka potrzeba, w imię pokoju poddanych - wszystko to w oparciu o całkowicie naturalne podstawy. Handel, finanse, rolnictwo, edukacja w zakresie spraw tego świata, nauka, sztuka, badania - ogólnie działalność ludzka

- są współcześnie, w swym czysto naturalnym aspekcie, przedmiotem działalności niemal każdego męża stanu. W swej działalności publicznej nasi władcy rzekomo nie opowiadają się ani za religią, ani przeciw niej. Religia jest to prywatna sprawa jednostki, a rządy stoją z boku - a przynajmniej utrzymują, że tak jest. I to właśnie w takim świecie, w tego rodzaju społeczeństwie ludzkim, Kościół katolicki musi zamieszkiwać z racji swego człowieczeństwa. On także jest królestwem, chociaż nie z tego świata, a jednak w nim. Kościół jest także Boski. Jego przesłanie zawiera, by tak rzec, pewną liczbę nadprzyrodzonych zasad objawio38 nych mu przez Boga. Kościół został ustanowiony w sposób nadprzyrodzony. Spoczywa na nadprzyrodzonej podstawie. Nie jest zorganizowany tak, jakby ten świat był wszystkim. Przeciwnie, stawia królestwo Boga zdecydowanie na pierwszym miejscu, a królestwa tego świata - zdecydowanie na drugim. Pokój Boga - najpierw, a harmonia ludzi - potem. Zatem kiedy nadprzyrodzone zasady Kościoła stoją w sprzeczności z naturalnymi, ludzkimi zasadami, Kościół ma obowiązek być przyczyną niezgody. Na przykład jego prawa dotyczące małżeństwa stoją w konflikcie z prawami małżeńskimi większości współczesnych państw. Nie ma sensu mówić mu, aby zmodyfikował te zasady. To tak, jakby mówić mu, żeby przestał być nadprzyrodzony, aby przestał być sobą. Jak może zmodyfikować coś, co - jak wierzy - stanowi jego Boskie Przesłanie? Ponieważ Kościół jest zorganizowany na nadprzyrodzonej podstawie, istnieją w jego strukturze nadprzyrodzone elementy, których nie może zmodyfikować, tak samo, jak swoich dogmatów. Ostatnio we Francji oferowano Kościołowi królestwo tego świata32, jeśliby to uczynił. Proponowano mu, aby faktycznie zachował swoje
32 Mt 4,8.

39 bogactwo, swoje kościoły i swoje domy, a zrezygnował ze swej zasady duchowego odwoływania się do Namiestnika Chrystusa. Gdyby Kościół był jedynie ludzki, jakże oczywista byłaby jego powinność! Jakże nieuniknione, że zmodyfikowałby swoją strukturę zgodnie z ludzkimi ideami i zachowałby swą własność w stanie nietkniętym! I jak całkowicie niemożliwy musi być taki układ dla społeczności, która jest równie Boska, co ludzka! Zatem, odwagi! Ponad wszystko pragniemy pokoju - to znaczy, pokoju Boga, nie zaś ten pokój, który daje świat33, ponieważ on może go dać, może także odebrać. Nie tego pokoju, który zależy od harmonii natury z naturą, ale natury z łaską. Jednak tak długo, jak świat jest podzielony pod względem posłuszeństwa, tak długo, jak świat albo kraj, albo rodzina, albo nawet pojedyncza dusza opiera się na zasadach naturalnych, oddzielonych od Boskich, tak długo dla tego świata, tego kraju, tej rodziny i tego ludzkiego serca nadprzyrodzona religia katolicka będzie przynosić nie pokój, ale miecz. I tak będzie do końca, do ostatniej katastrofy, która wstrząśnie światem - do samego Armagedonu.
33 J 14,27.

40 „Przybywam - woła Jeździec na Białym Koniu - aby przynieść pokój, zaiste, ale pokój, o jakim świat nawet nie marzy. Pokój zbudowany na wiecznych fundamentach samego Boga, nie na ruchomych piaskach ludzkich umów. A dopóki ta wizja nie zaświta, musi być wojna, aż rzeczywiście zstąpi pokój Boga i zostanie przyjęty, aż do tego czasu Moja szata musi być skąpana we krwi, a z Moich ust wychodzi nie pokój, ale miecz obosieczny34.
34 Ap 1,16 i 19,13.

41 ROZDZIAŁ II BOGACTWO I UBÓSTWO Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną. Nie możecie służyć Bogu i mamonie - Łk 16, 9.13. Zobaczyliśmy, że Kościół Księcia Pokoju musi stale znajdować się w centrum wojny. Przejdźmy teraz do rozważenia, w jaki sposób - jako społeczność ludzka zamieszkująca ten świat - musi mieć oczy stale zwrócone na tamten świat i jak - jako społeczność Boża - musi liczyć się z zarzutem światowości. Ten zarzut jest bardzo powszechny. „Spójrzcie na nadzwyczajne bogactwo i przepych, jakie ów Kościół Ubogiego Człowieka z Nazaretu stale gromadzi wokół siebie i zadajcie sobie pytanie, jak śmie rościć sobie prawo do reprezentowania Go! Przejdźcie się po Świętym Rzymie i zobaczcie, jak najbogatsze i najbardziej wyszukane budynki noszą nad bramami emblematy heral42 dyczne Namiestnika Chrystusa! Przejedźcie przez jakikolwiek kraj, w którym nie powstało obrzydzenie i który nie porzucił oszusta, co sam siebie nazywa «Kościołem Chrystusa», a stwierdzicie, iż żaden ziemski urzędnik nie jest tak świetny, jak owi niebiańscy przedstawiciele Jezusa Chrystusa, żadne pałace - wspanialsze niż te, w których zamieszkują ci, co udają, że głoszą Tego, który nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć!35 Przede wszystkim odwróćcie się od tej prostej, dotkniętej ubóstwem postaci, którą przedstawia nam Ewangelia, ku człowiekowi, który twierdzi, że jest Jego Zastępcą na ziemi. Zobaczcie, jak się przemieszcza, potrójnie ukoronowany, na tronie niesionym przez ludzi na ramionach, z piskliwie grającymi srebrnymi trąbami przed nim i ze strusimi wachlarzami za nim, a zrozumiecie, dlaczego świat nie może brać Kościoła na poważnie. Spójrzcie na dwór, który jest przy nim, wszystko w purpurze i szkarłacie, i postawcie obok grupkę ogorzałych rybaków! Nie, gdyby ten Kościół był naprawdę Chrystusa, naśladowałby Go lepiej. Jego wyjątkowa misja polegała na tym, aby wskazywać to, co na górze36, wznosić ludzkie my35 Mt 8,20. 36 Kol 3,1.

43 śli wyżej niż śmieci, i złoto, i klejnoty, i wpływ światowy, i zaszczyty, i władza, wskazywać na Jeruzalem niebieskie, nie ręką uczynione37, pocieszać smutnych wizją przyszłego pokoju, nie zabawiać się rzeczami doczesnymi, mówić o łasce i niebiosach oraz o rzeczach, które mają nadejść i zostawić umarłym grzebanie ich umarłych!38 Zatem najlepsze, co możemy zrobić dla Kościoła, to wybawić go z kłopotu bogactwa, skierować jego doczesną własność ku otwarcie doczesnym celom, uwolnić go od zniewolenia jego własnymi ambicjami do wolności ubogich i dzieci Bożych!39 Jednym słowem, Kościół jest zbyt światowy, aby być Kościołem Chrystusa! Nie możecie służyć Bogu i mamonie40. Jednak będąc w innym nastroju, nasz krytyk powie nam, że z kolei za bardzo bujamy w obłokach, aby być Kościołem Chrystusa. „Główny zarzut, jaki mam wobec katolicyzmu - mówi taki człowiek - to, że Kościół jest zbyt niepraktyczny. Gdyby naprawdę był Kościołem Jezusa Chrystusa, z pewnością naśladowałby Go lepiej w tym, co - poza wszystkim - było znakiem Jego najwyż37 38 39 40 Hbr 12, 22; 2 Kor 5,1. Łk 9, 60. Rz8, 21. Łk 16,13.

44 szej Boskości - a mianowicie w Jego człowieczeństwie wobec ludzi. Chrystus nie przyszedł na świat, aby głosić metafizykę i aby bez przerwy mówić o niebie, które ma nadejść. Przyszedł raczej, żeby zająć się najprostszymi ludzkimi potrzebami, żeby nakarmić głodnych, przyodziać nagich41, żeby zreformować społeczeństwo według lepszych zasad. Tb nie przez swój dogmat zdobył ludzkie serca, ale przez zwykłe, naturalne zrozumienie ich zwyczajnych potrzeb. Jednym słowem, przyszedł, aby jak najlepiej wykorzystać ten świat, aby zrobić użytek z elementów, które czekają gotowe na Jego dłoń, aby uświęcić wszystkie proste rzeczy na ziemi, z którymi miał kontakt. „Zatem ci bujający w obłokach katolicy są zbyt oddaleni od zwykłego życia i zwykłych potrzeb. Ich dogmaty, ich dążenia i ich metafizyka są bezużyteczne dla świata, który pragnie chleba. Niech więcej działają, a mniej marzą! Niech na przykład pokażą poprzez dobrobyt katolickich krajów, że katolicyzm nie jest tylko wizją, ale że jest praktyczny. Niech głoszą mniej, a więcej zajmują się dobroczynnością. Niech pokażą, że mają klucz do postępu na tym świecie, a być może wysłuchamy z większą cierpliwością ich twierdzenia, że posiadają klucz do świata, który ma nadejść!"
41 Mt 25, 35-40.

45 Z pewnością jest to nieco trudne dla katolików! Kiedy zadomowimy się na tym świecie, słyszymy, że Jezus Chrystus nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć42. Kiedy głosimy świat, który ma nadejść, przypomina się nam, że Jezus Chrystus mimo wszystko zstąpił z tamtego świata na ten, aby uczynić go lepszym. Kiedy budujemy wygodny kościół, mówią nam, że to zbyt duży luksus. Kiedy budujemy niewygodny, pytają nas, w jaki sposób spodziewamy się czynić jakiekolwiek dobro, skoro nie jesteśmy praktyczni.

Oczywiście oba te zarzuty były też kierowane przeciwko Naszemu Panu. On bowiem także prowadził podwójne działania. Tb prawda, że w pewnych sytuacjach dawał ludziom ziemski chleb. Jest także prawdą, że oferował im chleb niebieski. Były chwile, kiedy troszczył się o ludzkie ciała. Były inne chwile, kiedy nakazywał im poświęcić wszystko, co czyni życie cielesne wartościowym. Chwile, kiedy siedział przy posiłku w domu bogacza i chwile, kiedy dobrowolnie głodował na pustyni. A cokolwiek robił, świat uważał, że postępuje niewłaściwie. Był zbyt światowy, kiedy uzdrawiał ludzi w szabat. Czyż bowiem prawo Boga nie jest cenniejsze niż ciele42 Mt8, 20.

46 sna ulga dla człowieka? Dlaczego nie może zaczekać do jutra? Był zbyt światowy, kiedy pozwalał swoim uczniom rozcierać zboże w dłoniach. Czyż bowiem prawo Boga nie zakazuje człowiekowi wyrabiać chleba w szabat? Był zbyt światowy, zbyt niepraktyczny, zbyt zmysłowy, kiedy pozwolił, aby na Jego stopy został wylany cenny olejek, który przecież można było drogo sprzedać, a pieniądze rozdać ubogim?43 Czyż nie wystarcza duchowość i kadzidło adoracji? Zbytnio bujał w obłokach, kiedy wygłaszał Kazanie na Górze. Jaki pożytek ze stwierdzenia: Błogosławieni cisi44, skoro cały świat wie, że „błogosławieni stanowczy"? Zbytnio też bujał w obłokach, kiedy mówił o Niebieskim Chlebie. Jaki sens ma mówienie o Niebieskim Chlebie, skoro to właśnie ziemskiego pożywienia człowiek potrzebuje przede wszystkim? Zbytnio bujał w obłokach również kiedy pozostał w kraju na święto [Paschy]. Jeśli On jest Mesjaszem45, niechby był praktyczny i ujawnił to! W istocie to przez wzgląd na te dwa oskarżenia został zasądzony na śmierć. Był zbyt światowy dla Piłata - w tym był Synem Człowieczym, a zatem rywalem cezara.
43 Mt 26,9. 44 Mt 5, 5. 45 Łk 23,35.

47 A dla Kajfasza zbytnio bujał w obłokach, ponieważ sam siebie uczynił Synem Bożym46, a zatem rywalem Jahwe. Rozwiązanie tego katolickiego paradoksu jest bardzo proste. Po pierwsze, Kościół jest niebieską społecznością, która zstąpiła z góry, zarówno w kwestii swego pochodzenia, jak i swych narodzin. Jest przede wszystkim królestwem Bożym47. Istnieje wyłącznie i całkowicie dla Jego chwały. Dąży zatem głównie do rozszerzenia Jego królestwa. W porównaniu z tym nic nie ma w jego oczach wartości. Nigdy zatem nie wolno mu poświęcić Boga dla mamony. Nigdy zawahać się choć przez chwilę, jeśli trzeba dokonać wyboru pomiędzy nimi. Kościół uznaje bowiem, że wieczność jest większa niż czas, a dusza człowieka ma większą wartość niż jego ciało. Dlatego w jego oczach sakramenty są ważniejsze niż odpowiednia sieć tramwajowa, a to, że ludzka dusza winna się znajdować w stanie łaski, ma dla Kościoła większą wagę, niż zdrowie ludzkiego ciała - jeśli trzeba dokonać wyboru pomiędzy nimi. Kościół stawia zatem kapłana przed lekarzem (jeżeli nie ma czasu na wezwanie obydwóch) i Komunię świętą przed dobrym śniadaniem.

46 J19,7. 47 Mt6,33.

48 Dlatego oczywiście maklerowi giełdowemu i prowincjonalnemu burmistrzowi wydaje się, że Kościół zbytnio buja w obłokach, ponieważ rzeczywiście stawia sprawy Boga przed sprawami człowieka i „szuka najpierw Jego Królestwa" A to wszystko będzie wam dodane48. Kościół jest bowiem także ludzki, w tym aspekcie, że zamieszkuje w świecie, w którym Bóg go umieścił i dlatego używa rzeczy, którymi On go otoczył. Powiedzenie, że jest nadprzyrodzony, nie oznacza odrzucenia jego człowieczeństwa, tak samo jak stwierdzenie, iż człowiek ma nieśmiertelną duszę, nie oznacza wykluczenia prawdy, że ma także i ciało. Zatem właśnie Ciało Kościoła -właśnie jego człowieczeństwo nosi w sobie jego Boskość. Właśnie ono domaga się i używa rzeczy ziemskich. Tb właśnie Ciało Kościoła mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką49 i twierdzi, że dopóty, dopóki duchowość Kościoła nie straci z tego powodu swego blasku, dla uhonorowania Kościoła i jego Oblubieńca domy te mają być tak wspaniałe, jakimi tylko sztuka może je uczynić. Kościół nie jest bowiem ani purytaninem, ani manichejczykiem. Nie twierdzi, że każda rzecz, któ48 Mt 6,33. 49 Dz 17,24.

49 rą uczynił Bóg, może być sama z siebie zła, jakkolwiek poważnie nie byłaby nadużywana. Przeciwnie, Kościół dysponuje autorytetem samego Boga, aby stwierdzić, że wszystko jest bardzo dobre50. Kościół wykorzystuje zatem wszelkie ziemskie piękno, którego świat mu dostarczy, dla uhonorowania swego majestatu. Słusznym może być umieszczenie diamentów wokół szyi kobiecej, ale z pewnością słuszne jest umieszczenie ich wokół Kielicha Boskiej Krwi. Jeśli jakiś ziemski król nosi szaty ze złotogłowiu, czyż tym bardziej nie powinien ich nosić Król niebieski? Jeśli świat wykorzystuje muzykę, aby niszczyć ludzkie dusze, czyż Kościół nie może jej wykorzystać, aby zbawiać dusze? Jeśli marmurowy pałac jest odpowiedni dla prezydenta Republiki Francuskiej, jakim prawem ludzie odmawiają go Królowi królów? Czy jednak czasem świat nie odmawia swego bogactwa? Dobrze zatem, Kościół może służyć Bogu i bez niego, pomimo swych praw. Jeśli ludzie biadolą i płaszczą się, albo straszą i wrzeszczą z powodu klejnotów, którymi ich przodkowie uczcili Boga, Kościół zrzuci je ze stopni swych ołtarzy i bez nich będzie czcił Boga w stodole albo w katakumbach. Choć bowiem Kościół nie służy Bogu i mamonie, to jednak pozyskuje sobie przyjaciół
50 Rdz 1,31.

50 niegodziwą mamoną51. Chociaż nie służy i nigdy nie może służyć Bogu i mamonie, to jednak może sprawić, kiedy świat na to pozwoli, aby mamona służyła jemu. Kościół jest bowiem majestatem Boga zamieszkującego na ziemi. Kościół sam w sobie jest

całkowicie niezależny od tego, jak go przyjmują. Jeśli to są swoi, do których przyszedł, a swoi go nie przyjęli52, to niemniej jednak wedle wszelkiego prawa przynależą oni do Kościoła. Choć bowiem Kościół wykorzysta każdą ziemską rzecz dla swojej chwały, choć uważa, że żadne wonności, jakkolwiek by nie były cenne, nie są zmarnowane, kiedy wyleje się je z miłości na jego stopy, to jednak w swej zasadniczej części jego chwała nie tkwi w tych rzeczach. Kościół jest cały pełen chwały53, czy złotogłów jego odzieniem54, czy też nie, ponieważ jest córą królewską55. Kościół jest właściwie tak samo wspaniały w katakumbach, jak w rzymskich bazylikach, tak samo cudowny w bosonogim braciszku, jak w przyodzianym i trzymającym berło Namiestniku Chrystusa, tak samo majestatyczny w nagim Chrystusie na krzyżu, jak w Chrystusie po Wniebowstąpieniu, tronującym w niebie.
51 Łk 16,9.13.
52 J 1,11.

53 Ps 45,14. 54 Ps45,14. 55 Ps 45,14.

51 Ponieważ jednak Kościół jest majestatem Boga na ziemi, ma prawo do wszystkiego, co ziemia może dać. Do niego należy cala zwierzyna po lasach, tysiące zwierząt na górach56, wszystkie gwiazdy niebieskie i klejnoty ziemskie, wszystkie rzeczy na świecie należą do niego według Boskiego prawa. Wszystko jest jego, on zaś Chrystusa57. Niemniej jednak Kościół prędzej wyzuje się ze wszystkiego58, niż straci Chrystusa.
56 Ps 50,10. 57 1 Kor 3,21-23. 58 Flp 3,8.

53 ROZDZIAŁ III ŚWIĘTOŚĆ I GRZECH Święty, Święty, Święty! - Iz 6,3. Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników - 1 Tm1,15. Bardzo niezwykła para zarzutów - i daleko bardziej kluczowa, niż owe bardziej lub mniej ekonomiczne oskarżenia o światowość i bujanie w obłokach, które właśnie rozważaliśmy - dotyczy standardów dobra głoszonych przez Kościół i jego własnej rzekomej niezdolności do życia według nich. Można to krótko podsumować stwierdzeniem, że połowa świata uważa Kościół za zbyt święty dla ludzkiego życia, a druga połowa - za nie dość święty. Możemy nazwać tych krytyków, odpowiednio, poganami i purytanami. To poganin oskarża Kościół o nadmierną świętość. „Wy katolicy - mówi nam jesteście o wiele za surowi 54

w kwestii grzechu i niewystarczająco pobłażliwi dla biednej ludzkiej natury. Weźmy na przykład grzechy cielesne. Oto jest zestaw pragnień zaszczepionych przez Boga lub naturę (jakkolwiek byśmy nie nazwali Siły, która stoi za powstaniem życia) dla mądrych i naprawdę istotnych celów. Te pragnienia są prawdopodobnie najgwałtowniejszymi znanymi człowiekowi i z pewnością najbardziej kuszącymi. Natura ludzka jest, jak wiemy, czymś niezwykle nierównym i niezdecydowanym. Jestem świadom, że nadużywanie tych namiętności prowadzi do katastrofy i że natura ma swoje nieubłagane prawa oraz kary. Ale wy katolicy dodajecie do życia nowe okropieństwo, poprzez absurdalny i irracjonalny nacisk na obrazę Boga, jaką powoduje owo nadużycie. Bowiem nie tylko zaciekle potępiacie «dzieła grzechu», jak je nazywacie, ale ośmielacie się pójść głębiej, jak się zdaje, aż do samego pragnienia. Jesteście dostatecznie niepraktyczni i okrutni, aby powiedzieć, że sama myśl o grzechu, pieszczona z premedytacją, może odciąć duszę, która sobie na to pozwala, od łaski Boga. Albo, idąc dalej, rozważcie niemożliwe ideały, przy których obstajecie względem małżeństwa. Te ideały mają w sobie pewne piękno dla osób, które mogą je przyjąć. Mogą one być, używając katolickiego zwrotu, 55 Radami Doskonałości, ale jest niedorzecznością upieranie się przy nich, jako zasadach postępowania dla całej ludzkości. Natura ludzka jest naturą ludzką. Nie możesz skrępować wielu marzeniami nielicznych. Albo, przyjmując szersze spojrzenie, rozważmy ogólne standardy, które pokazujecie nam w żywotach waszych świętych. Zwykłemu, pospolitemu człowiekowi owi święci nie wydają się w ogóle godni podziwu. Nie wydaje się nam godne podziwu, że św. Alojzy niemal nie odrywał oczu od ziemi, ani że św. Teresa zamykała się w celi, ani że św. Franciszek biczował się cierniami ze strachu przed popełnieniem grzechu. Tego rodzaju postawa jest w całości zbyt fantastyczna i wymagająca. Wy, katolicy, zdajecie się mierzyć w standard, który jest po prostu nieatrakcyjny. I wasze cele i wasze metody są równie nieludzkie i równie nieodpowiednie dla świata, w którym musimy żyć. Prawdziwa religia jest z pewnością czymś daleko bardziej rozsądnym niż to. Prawdziwa religia nie powinna wystawiać na próbę i zmagać się z niemożliwym, nie powinna dążyć do poprawiania natury ludzkiej poprzez proces okaleczenia. Pod pewnymi względami macie wspaniałe cele, a pod innymi - wspaniałe metody, ale w najwyższych wymaganiach zupełnie przekraczacie 56 granicę. My, poganie, ani nie zgadzamy się z waszą moralnością, ani nie podziwiamy tych, których życie uważacie za swój sukces. Gdybyście byli mniej święci, a bardziej naturalni, mniej idealistyczni, a bardziej praktyczni, lepiej przysłużylibyście się światu, któremu pragniecie pomagać. Religia powinna być silnym, jędrnym odrostem, a nie delikatnym cieplarnianym kwiatem, którym ją czynicie". Drugi zarzut pochodzi od purytanów. „Katolicyzm nie jest wystarczająco święty, aby być Kościołem Jezusa Chrystusa. Spójrzcie bowiem, jak szalenie łagodny jest on dla tych, którzy znieważają i krzyżują Go na nowo! Być może mimo wszystko nie jest prawdą, że katoliccy księża istotnie pozwalają swym penitentom popełniać grzech. Ale wyjątkowa łatwość, z jaką udzielana jest absolucja bardzo się do tego przybliża. Zatem, daleki od

ideału Kościoła, który dźwiga ludzką rasę, Kościół faktycznie obniża jej standardy poprzez swoją postawę wobec tych swoich dzieci, które nie są posłuszne prawom Boga. Weźcie też pod uwagę, czym były niektóre z tych jego dzieci! Czy są w historii jacyś przestępcy tak pomnikowi, jak przestępcy katoliccy? Czy kiedykolwiek jacyś ludzie upadli tak nisko, jak powiedzmy rodzina Borgiów 57 w średniowieczu, jak Gilles de Rais59 i dwudziestu innych, jak mężczyźni i kobiety, którzy być może byli w swojej wierze wystarczająco «dobrymi katolikami», jednak w swym życiu okazali się hańbą dla człowieczeństwa? Spójrzcie na kraje łacińskie, z ich namiętnymi rejestrami zbrodni, na seksualną niemoralność Francji czy Hiszpanii, niepokoje i niegospodarność Irlandii, prymitywną brutalność katolickiej Anglii. Czy istnieją jakiekolwiek inne wyznania chrześcijaństwa, które demonstrują tak żałosne okazy, jak zbiegłe zakonnice, kapłani odstępcy, nikczemni papieże katolicyzmu? Jak to jest, że o niegodziwościach katolicyzmu opowiada się takie historie, jak o żadnej innej sekcie chrześcijańskiej? Weźmy poprawkę na jaką chcecie przesadę, na wszystkie uprzedzenia historyków, na całą złośliwość wrogów, a jednak z pewnością pozostanie wystarczająca ilość katolickiej przestępczości, aby pokazać, że Kościół ten w najlepszym razie nie jest lepszy niż jakakolwiek inna religijna wspólnota, a w najgorszym - jest nieskończenie gorszy. Zatem Kościół katolicki nie jest wystarczająco święty, aby być Kościołem Jezusa Chrystusa".
59 Gilles de Rais (1404-1440), francuski arystokrata. Gorący zwolennik Joanny d'Arc, po jej śmierci poświęcił się okultyzmowi, składał krwawe ofiary szatanowi. On i jego towarzysze zostali skazani na śmierć za torturowanie, gwałty i wymordowanie setek dzieci.

58 Kiedy zwracamy się ku Ewangelii, stwierdzamy, że dokładnie te dwa zarzuty znajdują się faktycznie pośród zarzutów, które kierowano przeciwko Naszemu Panu. Po pierwsze, niewątpliwie, nienawidzono Go za Jego świętość. Któż może wątpić, że wspaniały standard moralności, który głosił (a którego głoszenie przez katolików jest także jednym z zarzutów pogan) stanowił główną przyczynę Jego odrzucenia. Poza wszystkim, był bowiem Tym, który pierwszy ogłosił, że prawa Boga obowiązują nie tylko czyn, ale także myśl. To On pierwszy orzekł, że jest mordercą i cudzołóżcą człowiek, który w swym sercu zapragnął tych grzechów. To On określił standard chrześcijaństwa jako standard doskonałości, Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski60 i zobowiązał ludzi do dążenia, by być tak dobrym, jak Bóg! Zatem to Jego świętość pierwsza ściągnęła na Niego wrogość świata - ta promieniująca, rozżarzona do białości świętość, w którą przyodziało się Jego uświęcone człowieczeństwo. Kto z was udowodni Mi grzech?61 Kto Z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień62.
60 Mt 5,48. 61 J 8,46. 62 ] 8,7.

59

To były słowa, które przebiły gładki formalizm uczonych w Piśmie i faryzeuszy, i obudziły dozgonną nienawiść. Tb było z pewnością coś, co w sposób nieunikniony doprowadziło do ostatecznego odrzucenia Go na sądzie Piłata i do wyboru w Jego miejsce Barabasza. „Nie tego! Nie ten przykład nieskazitelnej doskonałości! Nie tę świętość, która odsłania wszystkie serca, lecz Barabasza63, tego wygodnego grzesznika, tak podobnego do nas samych! Tego rabusia, w którego towarzystwie czujemy się odprężeni! Tego mordercę, którego życie, w każdym razie, nie stanowi pełnego wyrzutu kontrastu dla naszego życia!" Jezus Chrystus został uznany za zbyt świętego dla świata. Został też jednak uznany za nie dość świętego. I to jest właśnie ów wyraźny zarzut, który stawiają Mu wciąż na nowo. Tb było okropne dla tych strażników prawa, że ów Głosiciel Sprawiedliwości siada z celnikami i grzesznikami, że ten prorok pozwala się dotykać takiej kobiecie, jak Magdalena. Gdyby ten człowiek był naprawdę prorokiem, nie mógłby znieść kontaktu z grzesznikami. Gdyby był naprawdę gorliwy dla Królestwa Bożego, nie mógłby ścierpieć obecności tak wielu z tych, którzy są jego wrogami. Jednak siedzi tam przy stole Zacheusza,
63 J 18,40.

60 milczący i uśmiechnięty, zamiast wezwać dach, aby się zapadł. Powołuje Mateusza z jego komory celnej, zamiast zniszczyć ją razem z nim. Dotyka trędowatych, których prawo samego Boga ogłasza nieczystymi. Takie są zatem zarzuty podnoszone przeciwko uczniom Chrystusa, tak samo, jak przeciwko ich Mistrzowi i nie da się zaprzeczyć, że w obu tych zarzutach tkwi prawda. To prawda, że Kościół katolicki głosi moralność, która jest całkowicie poza zasięgiem ludzkiej natury pozostawionej samej sobie, że standardy Kościoła są standardami doskonałości i że woli on nawet najniższy szczebel nadprzyrodzonej drabiny niż najwyższy szczebel naturalnej. Jest też bez wątpienia prawdą, że upadły albo niewierny katolik jest nieskończenie bardziej zdegradowanym członkiem ludzkości niż upadły poganin czy protestant, że pomnikowi przestępcy w historii są to przestępcy katoliccy i że potwory tego świata - na przykład Henryk VIII, świętokradca, morderca i cudzołożnik, Marcin Luter, którego wydane drukiem Rozmowy przy stole64, są
64 Dzieło o spornej autentyczności; spisane przez uczniów Lutra dyskusje, prowadzone przez niego w gronie przyjaciół na temat doktryny.

61 nieodpowiednie dla jakiegokolwiek przyzwoitego domu, królowa Elżbieta, winna krzywoprzysięstwa, despotka i osoba nieczysta - byli ludźmi, którzy mieli wszystko, co Kościół katolicki mógł im dać: standardy jego nauczania, przewodnictwo jego dyscypliny i łaskę jego sakramentów Jak można zatem wyjaśnić ten paradoks? Po pierwsze Kościół katolicki jest Boski. Tb znaczy, że zamieszkuje w miejscach niebiańskich. Zawsze spogląda na twarz Boga. Przechowuje w swym sercu, jak w relikwiarzu, święte człowieczeństwo Jezusa Chrystusa i nieskazitelną doskonałość Niepokalanej Matki, z której zostało wzięte owo człowieczeństwo. Jak można sobie zatem wyobrazić, że zadowoli się jakimkolwiek standardem, któremu brak

doskonałości? Gdyby był społecznością wywodzącą się z tego, co na dole - to jest społecznością czysto ludzką - nie mógłby nigdy wyjść poza te standardy, do których w przeszłości wspięły się najszlachetniejsze z jego dzieci. Ale ponieważ mieszka w nim nadprzyrodzone - ponieważ Maryja została obdarzona darem z wysokości, do którego nie może się wznieść żadna istota ludzka, ponieważ samo Słońce Sprawiedliwości zeszło z niebios, aby wieść ludzkie życie według ludzkich zasad - jak Kościół może kiedykolwiek zadowolić się czymś mniejszym, niż owe wysokości? 62 Kościół jest jednak także ludzki, osiedlony pośród ludzkości, umieszczony w świecie dla wyraźnego celu gromadzenia w sobie i uświęcania poprzez swoje łaski owego świata, który odszedł od Boga. Ci wygnańcy i ci grzesznicy są materiałem, na którym Kościół musi pracować. Te odpadowe produkty życia ludzkiego, te oszpecone typy i okazy ludzkości nie mają żadnej nadziei poza nadzieją pokładaną w Kościele. Przede wszystkim bowiem Kościół pragnie, jeśli może - a często jest w stanie rzeczywiście wynieść ich najpierw do świętości, a potem na swoje ołtarze. To właśnie on i tylko on może podnieść z pyłu biedaka i posadzić go wśród możnych65. Zatem Kościół nie stawia przed Magdaleną i przed złodziejem niczego innego, jak tylko swój własny standard doskonałości. Chociaż z jednej strony Kościół nie zadowala się czymś mniejszym, niż ów standard, to jednak z drugiej strony zadowala się prawie zupełnie niczym. Jeśli może doprowadzić grzesznika choćby tylko na krawędź łaski, jeśli może wydrzeć umierającemu mordercy tylko jeden okrzyk skruchy, jeśli może sprawić, aby jego oczy rzuciły tylko jedno spojrzenie na krucyfiks, jego trudy zostaną tysiąckrotnie nagrodzone. Jeśli nie przywiódł grzesznika
65 1Sm 2,8.

63 do szczytu świętości, przywiódł go przynajmniej do jej stóp i postawił go tam, pod drabiną nadprzyrodzonego, która sięga z piekła do nieba. Bowiem tylko Kościół ma taką moc. Tylko on jest tak całkowicie ufny w obecności grzesznika, ponieważ tylko on posiada tajemnicę jego uleczenia. Tam, w jego konfesjonale jest Krew Chrystusa, która może znowu uczynić duszę grzesznika czystą, a w jego tabernakulum jest Ciało Chrystusa, które będzie dla grzesznika pożywieniem życia wiecznego. Tylko Kościół ośmiela się być przyjacielem grzesznika, ponieważ tylko on może być jego Zbawicielem. Jeśli zatem jednym znakiem tożsamości Kościoła są jego święci, to kolejnym są jego grzesznicy. Kościół jest bowiem nie tylko majestatem Boga zamieszkującego na ziemi. Jest także Jego miłością. Dlatego ograniczają go jedynie granice tej miłości. Słońce miłosierdzia, które świeci i deszcz dobroczynności, który spływa strumieniami, na sprawiedliwych i niesprawiedliwych66, są to słońce i deszcz, które dają życie Kościołowi. Gdy wstąpię do nieba, tam jest, tronujący w Chrystusie, po Prawicy Boga. Jest przy mnie, gdy się w Szeolu położę67, odsuwając dusze od krawędzi, skąd
66 Mt5,45. 67 Ps 139,8.

64 tylko on może je uratować. Kościół jest bowiem ową drabiną, którą dawno temu widział Jakub, owymi schodami postawionymi tutaj we krwi i szlamie ziemi, wznoszącymi się tam, ku nieskazitelnemu światłu Baranka. Świętość i brak świętości - obie tak samo przynależą do Kościoła, a on nie wstydzi się żadnej z nich, ani świętości swej własnej Boskości, która należy do Chrystusa, ani braku świętości owych odrzuconych członków swego człowieczeństwa, o których się troszczy. Zatem mocą Kościoła, która także jest Chrystusowa, Magdalena staje się pokutnicą, złodziej - pierwszym odkupionym, a Piotr, miałki piasek człowieczeństwa - Skałą, na której sam Kościół jest zbudowany68.
68 Mt l6,18.

65 ROZDZIAŁ IV RADOŚĆ I SMUTEK Cieszcie się i radujcie... - Mt 5,12. Błogosławieni, którzy się smucą - Mt 5,4. Jak zobaczyliśmy, Kościół katolicki jest zawsze zbyt „skrajny" dla świata. Zadowala się wyłącznie Bożym pokojem, a w jego idei tkwi przyczyna bardziej krwawych wojen, niż jakiekolwiek prowadzone z motywów czysto ludzkich. Nie zadowala się po prostu dobrem, ale zawsze nakłania swoje dzieci do świętości. Jednak równocześnie toleruje grzeszników, których nawet świat wypędza. Rozważmy teraz jak, wypełniając dwa najwyraźniej wzajemnie sprzeczne nakazy Naszego Pana, aby radować się i płakać, w ocenie świata Kościół znów przesadza w obu kierunkach jednocześnie. Powszechny zarzut przeciwko Kościołowi brzmi, że raduje się przesadnie, jest arogancki, pewny siebie 66 i optymistyczny tam, gdzie powinien być cichy, powściągliwy i delikatny. „Ten świat - wykrzykuje krytyk Kościoła - jest jako całość bardzo smutnym i niepewnym miejscem. Nie ma tego dobrego, co by nie miało w perspektywie czegoś złego. Nie ma nadziei, która nie może, poza wszystkim, przynieść rozczarowania. Zatem każda religia, która twierdzi, że jest adekwatna do ludzkiej natury, musi mieć zawsze w sobie pewien smutek, a nawet wahanie. Religia musi przez cały czas iść łagodnie, jeśli ma iść ręka w rękę z doświadczeniem. Śmierć jest pewna. Czy życie jest pewne? Funkcją religii jest zatem z pewnością pomoc w oświetleniu tej ciemności, jednak nie zbyt dużym płomieniem. Religia może mieć nadzieję, i dążyć, i zgadywać, i dawać do zrozumienia. W istocie to jej obowiązek. Ale nie wolno jej ogłaszać, ani otwarcie oskarżać, ani nakazywać. Musi być raczej sugestywna niż dogłębna, raczej łagodna, niż dynamiczna, raczej pełna nadziei, niż pozytywna, raczej nowatorska, niż dogmatyczna.

Katolicyzm jest ogólnie zbyt hałaśliwy i pewny siebie. Popatrzcie na uroczystości liturgii katolickiej w jakiś dzień świąteczny! Czy kiedykolwiek było coś bardziej aroganckiego? Co wspólnego ma ta feeria barw, te wy67 krzykujące głosy, to dęcie w trąby z miękkimi półtonami świata i tajemnicą ciemności, z której wyszliśmy i do której powracamy? Co wspólnego ma ten jednoznaczny dogmat z delikatnymi przypuszczeniami filozofii, ten optymizm - z niepewnością życia i przyszłości, a przede wszystkim - jaka jest solidarność tej groteskowej euforii z nieszczęściami świata? Jakże niepodobne jest też to wszystko do ducha człowieka Smutków! Czytamy, że Jezus zapłakał69, ale nigdy, że się śmiał. Jego udziałem było smutne życie, poczynając od mrocznej stajenki Betlejem aż do jeszcze mroczniejszej Kalwarii. Był Tym, kim był, ponieważ wiedział, co znaczy smutek. To właśnie w swoich smutkach dotykał serca człowieczeństwa. «Błogosławieni - mówi - którzy się smucą»70. Błogosławieni, którzy nie oczekują niczego, ponieważ nie doznają rozczarowania". Jednak, w innym nastroju, nasz krytyk odnajdzie winę w naszym smutku. „Dlaczego wasza religia katolicka nie jest bardziej zgodna ze szczęśliwym światem, w którym żyjemy? Z pewnością najwyższą funkcją religii jest dodawanie otuchy, zachęcanie i podkreślanie jasnej strony życia!
69 J 11,35. 70 Mt 5,4.

68 Religia powinna być zwięzła, pogodna i braterska. Poza wszystkim bowiem jest to cudowny świat pełen radości. Tb prawda, że ma swoje cienie, jednak nie mogą istnieć cienie bez światła. Jest śmierć, ale zobaczcie, jak życie stale rodzi się na nowo z grobu. W ten sposób wszystkie rzeczy działają razem na rzecz dobra. Ponieważ Bóg zadał sobie trud, aby uczynić ten świat tak słodkim, jest kiepskim komplementem dla Stwórcy traktowanie go jak padołu nieszczęścia. Zajmijmy się zatem najlepszymi rzeczami i zapomnijmy o najgorszych. Pozostawmy to, co za nami i idźmy naprzód, ku rzeczom, które są przed nami. Upierajmy się, że świat jest biały, z kilkoma czarnymi plamami, bądźmy optymistyczni, szczęśliwi i pewni siebie. Jednak wy, katolicy, jesteście tylko podszytą tchórzem, żałosną rasą. Kiedy inne wyznania po trochu eliminują melancholię, wy się przy niej upieracie. Kiedy pozostali zgadzają się, że piekło nie jest niczym więcej, jak tylko straszydłem, grzech - błędem, a cierpienie - tylko środkiem naprawczym, wy katolicy wciąż upieracie się przy ich realności - że piekło jest wieczne, że grzech jest rozmyślnym sprzeciwem ludzkiej woli wobec Boga i że wobec tego cierpienie jest sprawiedliwe. Grzech, pokuta, ofiara, czyściec i piekło - to dawne koszmary dogmatu. 69 A ich owocami są łzy, ból i przerażenie. Zatem to, co jest nie w porządku w katolicyzmie, to właśnie jego przygnębienie i smutek. Z pewnością nie jest to chrześcijaństwo Chrystusa, jak obecnie uczymy się je rozumieć. Chrystus, właściwie rozumiany, jest człowiekiem radości, nie smutku. Jest bardziej charakterystyczny dla samego siebie, jeśli

można tak powiedzieć, jako uśmiechnięty galilejski pasterz, otoczony przez owce, jako ktoś kochający dzieci, kwiaty i ptaki, jako Głosiciel życia i Zmartwychwstania - jest bardziej charakterystyczny dla samego siebie jako ukoronowany, ten który wstąpił do nieba i przebywa w chwale, niż jako zakrwawiony męczennik Krzyża, którego stawiacie na swych ołtarzach. Cieszcie się zatem i radujcie71, a najbardziej Go uradujecie". Zatem raz jeszcze okazuje się, że w którąkolwiek stronę się nie zwrócimy, jesteśmy winni. Szczęśliwy rumiany mnich z beczułką piwa jest karykaturą naszej radości. Czyż może to być - słyszymy pytanie - wyznawca Człowieka Smutków? A asceta o pociągłej twarzy z oczami zwróconymi ku niebu to wyobrażenie świata o naszym smutku. Katolicka radość i katolicki smutek są jednakowo płomienne i ekstremalne dla świata, który lubuje się w umiarkowaniu, zarówno w smutku, jak
71 Mt 5,12.

70 i w radości - nieco melancholii, ale nie za dużo, nieco wesołości, ale nie w nadmiarze. Przede wszystkim zatem należy pamiętać, że owe zarzuty nie są obecnie kierowane przeciwko nam po raz pierwszy. Nawet w czasach imperium rzymskiego uważano takie cechy chrześcijan za oznaki braku człowieczeństwa. „Ci chrześcijanie - mówiono muszą z pewnością być pod wpływem czarów. Spójrzcie, jak się śmieją łamani kołem i chłostani, i jak idą na arenę jak do ślubnego łoża! Spójrzcie, jak Wawrzyniec żartuje na swym ruszcie". I znowu: „Muszą być pod wpływem czarów, ze względu na ich patologię i umiłowanie ciemności, ci nieprzyjaciele radości, ludzkiej wesołości i zwykłej przyjemności. W każdym razie nie są wcale prawdziwymi ludźmi". Ich szalona radość, kiedy inni by płakali oraz ich głęboki smutek, kiedy cały świat się cieszy - są to właśnie oznaki, do których odwoływali się ich wrogowie jako do dowodów, że natchnienie stanowiła dla nich moc nie tego świata, jako dowodów, że nie mogą być zwykłymi przyjaciółmi rasy ludzkiej, których ośmielają się udawać. Jeszcze bardziej interesujące jest, że sam Nasz Pan zwraca uwagę na te zarzuty. „Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije72.
72 Łk 7,34.

71 Syn Człowieczy siedzi na uczcie weselnej w Kanie i przy posiłku w domu bogacza, a wy mówicie Oto żarłok i pijak!73 Syn Człowieczy przybywa, radując się, a wy każecie Mu się smucić. A Jan Chrzciciel nie jadł i nie pił74. Jan Chrzciciel przychodzi z pustyni, asceta owinięty w skórę wielbłąda, ze słowami pokuty i gniewu na ustach, a wy mówicie: Zły duch go opętał... Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście75. Bawiliśmy się w śluby, jak dzieci na rynku, a wy mówiliście nam, abyśmy byli cicho i pomyśleli o naszych grzechach. Biadaliśmy76, prosiliśmy was, aby zamiast tego bawić się w pogrzeby, a wy powiedzieliście nam, że to niezdrowo myśleć o śmierci. Biadaliśmy, a wyście nie zawodzili". Oczywiście jest faktem, że zarówno radość, jak i smutek muszą być elementem każdej religii, ponieważ radość i smutek razem składają się na doświadczenie. Świat nie jest ani biały w czarne kropki, ani czarny w białe. Jest czarny i biały. Dokładnie jest taką

samą prawdą, że jesień następuje po lecie, jak że wiosna następuje po zimie. Jest nie mniej prawdziwe, że życie powstaje ze śmierci, jak to, że śmierć następuje po życiu.
73 74 75 76 Łk 7,34. Łk 7,33. Mt 11,17. Mt 11,17.

72 Zatem religia nie może, jeśli ma być adekwatna do doświadczenia, być czymś pozbawionym uczucia. Przeciwnie, musi być pełna namiętności, ponieważ ludzka natura także jest pełna namiętności. I musi mieć w sobie o wiele więcej namiętności. Nie może łagodzić smutku, ale ma go pogłębiać, nie może zapominać o radości, ale ma ją wysławiać. Musi płakać - i to bardziej gorzkimi łzami niż jakiekolwiek łzy, które potrafi wylewać świat - z tymi, którzy płaczą, a także radować się - radością, której nikt nie zdoła odebrać77 - z tymi, którzy się radują. Musi spadać niżej i wznosić się wyżej, musi odczuwać bardziej dotkliwie, musi zadręczać się i triumfować z większą intensywnością, jeśli naprawdę pochodzi od Boga i ma spełniać obowiązki wobec ludzi, ponieważ Jego myśli są wyższe niż nasze, a Jego miłość bardziej paląca. Albowiem w taki sposób Chrystus żył na ziemi. To rozradował się w Duchu78 tak, że ci, którzy Go obserwowali, byli zaskoczeni, to pocił się krwawym potem z bólu. W jednej chwili był wyniesiony wysoko na płonącej Górze Przemienienia, w następnej pogrążony głębiej niż jakiekolwiek ludzkie serce może to pojąć, w ogrodzie
77 J 16,22. 78 Łk 10,21.

73 Getsemani. Przyjrzyjcie się, patrzcie, czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza79. Kościół bowiem, tak jak jego Pan, jest zarówno Boski, jak i ludzki. Jest Boski, a zatem raduje się - wypełniony nowym winem Królestwa swego Ojca do tego stopnia, że ludzie wpatrują się w niego z pogardą. To prawda, że świat jest nieszczęśliwy, że istnieją złamane serca, że grzech pustoszy rodziny, kraje i stulecia. Jednak ponieważ Kościół jest Boski, wie - nie tylko zgaduje, ma nadzieję, czy pragnie - ale wie, że chociaż wszystko ma granice, Boże przykazanie sięga bardzo daleko80. Kościół wie - i dlatego nie każdy krytycyzm świata może nim wstrząsnąć - że przed laty jego Pan zstąpił z nieba, narodził się, umarł, zmartwychwstał i wstąpił do nieba, i że panuje niezwyciężoną mocą. Kościół wie, że znów powróci i obejmie swoje Królestwo i panowanie. Wie, ponieważ jest Boski, że w każdym z jego tabernakulów na ziemi mieszka ukryty Pan Radości, że Maryja jest pośredniczką, że święci są z Bogiem, że Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu81. Obejrzyjcie jego ziemskie
79 Lm 1,12. 80 Ps 119, 96. 81 1J 1, 7.

74

budowle - są tam symbole i wizerunki tych rzeczy. Jest radosne światło przed ołtarzem, są święci sztywni od złota i drogich kamieni, jest Maryja, „Przyczyna naszej radości", promieniejąca ze swym promieniejącym Dzieciątkiem w ramionach. Gdyby Kościół był tylko ludzki, nie ośmieliłby się wystawiać tych rzeczy - cieni swych własnych pragnień. Odmawiałby szeptem swoje Wyznanie wiary, mruczałby swoje modlitwy, zasłaniał swoje okna. Ale jest Boski i sam zstąpił z nieba, więc nie zgaduje, ani nie sądzi, ani nie ma nadziei - on wie. Ale jest także ludzki i mieszka pośród ludzkiej rasy, która nie wie i dlatego nie traktuje całkowicie poważnie jego słów, a zatem sama wysokość jego uniesienia musi także być miarą jego rozpaczy. Fakt, że Kościół to wie, z pewnością intensyfikuje tysiąckrotnie jego ludzki smutek, ponieważ on, który przyszedł po to, aby [owce] miały życie82, widzi, że nie przyjdą do niego i nie znajdą życia, widzi bowiem, jak długo jeszcze triumf, który jest pewny, będzie odkładany przez wzgląd na ich niewierność. „O gdybyście i wy poznały - woła słowami, jakie wypowiedział ze złamanym sercem sam Jezus o Jerozolimie - gdybyście i wy poznały iv ten dzień to, co służy pokojowi!83
82 J10,10. 83 Łk 19,42.

75 Przyjrzyjcie się, patrzcie, czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza84, czy istnieje jakiś żal tak głęboki i tak przeszywający jak mój, kiedy trzymam klucze Królestwa i widzę ludzi zawracających od Drzwi". Zatem w kolejnych kościołach stoją symboliczne grupy posągów, przedstawiające radość i tragedię, w porównaniu z którymi Wenus i Adonis są tylko dziecinnymi i na wpół cywilizowanymi wizerunkami - Maryja jako triumfująca Królowa, trzymająca w ramionach Dzieciątko w złotej koronie i Maryja jako cierpiąca Matka, z umarłym Synem na kolanach. Bowiem tylko Kościół, który jest zarówno Boski, jak i ludzki, rozumie co takiego człowieczeństwo uczyniło dla Boskości. Czy to zatem dziwne, że świat uważa, iż Kościół przesadza w obu kierunkach jednocześnie, że świat odwraca się w Wielki Piątek od niewysłowionych głębin jego smutku, a w Wielkanoc - od niezmierzonych wyżyn jego radości, nazywając ten pierwszy - niezdrowym, a drugą - histeryczną? Cóż bowiem świat wie o takich namiętnościach jak te? Co, poza wszystkim, może sensualista wiedzieć o radości, albo zrujnowany finansista - o smutku? A cóż spokojny, opanowany, szanujący się człowiek ze świata może wiedzieć o nich obu?
84 Lm 1,12.

76 Wreszcie zatem, w paradoksie miłości, Kościół posiada obie te namiętności w pełnym zakresie, obie naraz. Tak jak ludzka miłość zamienia radość w ból i cierpi pośród ekstazy, tak Boska miłość zamienia ból w radość, radując się i panując na Krzyżu. Kościół jest bowiem czymś więcej, niż tylko majestatem Boga władającym na ziemi, więcej niż beznamiętną miłością Przedwiecznego. Jest Świętym Sercem samego Chrystusa, jest Przedwiecznym zjednoczonym z człowiekiem, zarówno cierpiącym, jak i radującym się w tym zjednoczeniu. Tb Jego szczęścia Kościół od razu doświadcza i je

rozprzestrzenia z racji swej tożsamości z Nim. A pośród upadłego świata najwyższym szczęściem tego Świętego Serca jest cierpieć ból. 77 ROZDZIAŁ V MIŁOŚĆ BOGA I MIŁOŚĆ CZŁOWIEKA Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem... a swego bliźniego jak siebie samego - Łk 10, 27. Rozważyliśmy już dwa zarzuty podnoszone wobec katolicyzmu z przeciwnych stron, a mianowicie, że jesteśmy zbyt światowi i zbyt bujający w obłokach, zbytnio zajęci doczesnymi troskami, aby być naprawdę duchowi i zbyt metafizyczni, wyniośli oraz dogmatyczni, aby być naprawdę praktyczni. Przejdźmy do rozważenia tych samych dwóch zarzutów, by tak rzec, nieco rozszerzonych na zdecydowanie bardziej duchową płaszczyznę, zarzutów, w których obecnie oskarża się nas teraz o to, że zbyt wiele działamy w naszej posłudze dla ludzi i że zbyt wiele uwagi zwracamy na Boga. 78 To bardzo powszechny zarzut w stosunku do katolicyzmu, zarówno wobec świeckich, jak i duchownych, że w swych próbach nawracania są nadgorliwi. Prawdziwa i duchowa religia, słyszymy, jest tak intymną i osobistą sprawą, jak miłość między mężem i żoną. Jest zasadniczo prywatna i indywidualna. Jak powiedziano: „Religia wszystkich rozsądnych ludzi jest dokładnie tym, co zawsze zachowują dla siebie". Dlatego tolerancja jest oznaką duchowości, ponieważ jeśli jestem naprawdę religijny, będę miał tyle szacunku dla religii mojego sąsiada, co dla mojej własnej. Nie będę starał się wtrącać w jego relacje z Bogiem bardziej, niż pozwoliłbym jemu wtrącać się w moje. Katolicy są znani z nietolerancji. Nie chodzi jedynie o to, że istnieją nietolerancyjny katolicy, ponieważ nietolerancję można znaleźć u wszystkich osób o ciasnych horyzontach, ale że same zasady katolickie są nietolerancyjne, a każdy katolik, który żyje zgodnie z nimi, jest zobowiązany także być takim. Codziennie widzimy tego przykłady. Po pierwsze, istnieje kwestia misji katolickich do pogan. Słyszymy, że nie ma misjonarzy tak niestrudzonych i tak pełnych poświęcenia, jak ci należący do Kościoła [katolickiego]. Ich gorliwość stanowi oczywiście dowód 79 ich szczerości, ale jest to również dowód ich nietolerancji. Dlaczegóż bowiem, poza wszystkim, nie mogą pozostawić pogan w spokoju, skoro religia jest, w swej istocie, sprawą prywatną i indywidualną? Przedstawia się nam odpowiednio piękne obrazki wewnętrznego pokoju i szczęśliwości panującej pomiędzy plemionami Afryki Środkowej przed przybyciem Brata Kaznodziei85 z jego destrukcyjnymi dogmatami. Proponuje się nam, abyśmy rozważyli wyrafinowane doktryny i ascetyczne życie braminów, znamienny symbolizm wyznawców hinduizmu i filozoficzne postawy wyznawców Konfucjusza. Informuje się nas, że różne relacje z Bogiem są całkowicie prywatną sprawą ludzi, którzy w nich żyją. A gdyby katolicy byli ludźmi naprawdę duchowymi, rozumieliby to i nie usiłowaliby zastąpić za pomocą systemu, który w

każdym razie teraz stał się zasadniczo europejskim sposobem patrzenia na świat, owych starożytnych wyznań wiary i filozofii, które daleko lepiej pasują do wschodniego temperamentu. Ale cała sprawa wygląda jeszcze gorzej. Można by argumentować, mówi współczesny człowiek ze świata, że mimo wszystko owe orientalne religie nie rozwinęły ta-85 Zakon Kaznodziejski (Ordo Predicatorum) to oficjalna nazwa dominikanów - przyp. red. 80 kich cnót i łask jak chrześcijaństwo. Można argumentować, że z czasem religia Zachodu (ponieważ misjonarze będą nadal pracować) podniesie wyznawcę hinduizmu wyżej, niż to się udało jego własnym plugawościom i że cywilizacja wytworzona przez chrześcijaństwo jest rzeczywiście wyższego typu, pomimo jej zgubnych produktów ubocznych, niż cywilizacja łowców głów z Borneo i okrutnych dzikusów z Afryki. Jakkolwiek, nie ma w każdym razie usprawiedliwienia dla nietolerancyjnego katolika, usiłującego nawracać w angielskim domu. Ponieważ, mówiąc ogólnie, jedynie katolikowi nie możecie ufać w waszym własnym domu. Prędzej czy później stwierdzicie, że - jeśli w ogóle żyje według swych zasad - przemyca pochwały swojej wiary i wytyka słabości waszej wobec waszych synów i córek uważając, że postępuje uczciwie. Nie myśli o waszym spokoju domowym wobec propagowania własnych zasad. Charakteryzuje go przede wszystkim ten dogmatyczny i nietolerancyjny duch, który jest dokładnym przeciwieństwem wszystkiego, co współczesny świat uznaje za ducha prawdziwego chrześcijaństwa. Zatem prawdziwe chrześcijaństwo, jak to zostało powiedziane, jest zasadniczo sprawą prywatną, osobistą i indywidualną pomiędzy daną duszą a jej Bogiem. 81 Drugi zarzut podnoszony wobec katolików jest taki, że czynią religię zbyt osobistą, zbyt prywatną i zbyt intymną, aby była uważana za religię Jezusa Chrystusa. Ilustrację owego zarzutu stanowi fakt, iż Kościół nadaje najwyższą wartość temu, co jest znane jako życie kontemplacyjne. Jeśli bowiem istnieje w katolicyzmie jakiś element, który wybierze przeciętny człowiek, aby wyrazić swoje szczególne potępienie, to jest nim właśnie życie zakonów klauzurowych. Uważa się je za samolubne, chore, introspektywne, nierzeczywiste. Stawia się je w gwałtownym, dramatycznym kontraście do służebnego życia Jezusa Chrystusa. Uroczyście wylewa się na ich życie wciąż te same potoki oskarżeń, jakby nigdy wcześniej nie mówiono niczego podobnego. Mówi się, że „człowiek nie może odejść ze świata zamykając się w klasztorze", że „człowiek nie powinien myśleć tak bardzo o własnej duszy, a raczej o tym, co dobrego może zrobić w świecie, w którym Bóg go postawił", że „cztery bielone ściany" nie są odpowiednim środowiskiem dla chrześcijanina zajmującego się dobroczynnością. A jednak czym jest życie kontemplacyjne jeśli nie dokładnie tym, co obecnie zaleca świat? Czyż jest możliwe, aby uczynić religię sprawą bardziej intymną, prywat82

ną i osobistą, pomiędzy duszą a Bogiem, niż czynią to kartuzi albo karmelici? Oczywiście faktem jest, że katolicy, cokolwiek robią, mylą się - zbyt skrajni we wszystkim, czego się podejmują. Są zbyt aktywni i niewystarczająco wycofani w swym prozelityzmie, zbyt wycofani i niewystarczająco aktywni w swojej kontemplacji. Życie Naszego Pana pokazuje oczywiście zarówno elementy aktywne, jak i kontemplatywne, które zawsze wyróżniały życie Jego Kościoła. Przez trzy lata angażował się w dzieło głoszenia swego Objawienia i tworzenia Kościoła, który miał być organem tego Objawienia przez wszystkie wieki. Dlatego wędrował, swobodnie i szybko, a to po miastach, a to po wsiach. Wykładał swoje Boskie zasady i przedstawiał swe Boskie dowody swej mocy na weselach, na rynkach, na wiejskich drogach, na zatłoczonych ulicach iw domach prywatnych. Dokonywał dzieł miłosierdzia, duchowych i cielesnych, które miały być typami wszystkich dzieł miłosierdzia dokonywanych kiedykolwiek potem. Zaprezentował nauczanie dotyczące ducha i ascezy na Górze Błogosławieństw, dogmatyczne zasady w Kafarnaum i na pustyni na wschód od Galilei, a mi83 styczne wykłady w jerozolimskim Wieczerniku i na dziedzińcach świątynnych. Jego dzieła i Jego nawrócenia były niezliczone. Przełamał kręgi domowe i rutynę urzędów. Wezwał młodzieńca z jego posiadłości, Mateusza z komory celnej, a Jakuba i Jana z łodzi rybackiej ich ojca. Dokonał ostatecznej demonstracji swego nieograniczonego prawa do ludzkości w swej procesji w Niedzielę Palmową, a w Dzień Wniebowstąpienia potwierdził i w swym niezwykłym poleceniu dla grupy Apostołów dał na zawsze swemu Kościołowi pełnomocnictwo do nawracania. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata86 Należy jednak pamiętać, że nie było to całe Jego życie na ziemi, nie była to nawet bardzo znacząca jego część, jeśli oceniać według ilości lat. Przez trzy lata był aktywny, ale przez trzydzieści - wycofany, w domu w Nazarecie. A nawet owe trzy lata ciągle są przerywane okresami wycofania. A to przebywa przez czterdzieści dni na pustyni, a to na górze przez całą noc na modlitwie, a to nakazując swym uczniom, aby odeszli i sami odpoczęli. Szczyt Jego posługi także dokonał się w ciszy i samotności.
86 Mt 28,19-20.

84 Oddalił się na odległość jakby rzutu kamieniem87 w ogrodzie Getsemani od tych, którzy Go najbardziej kochali. Przełamał swe milczenie na Krzyżu, aby pożegnać jeszcze swą świętą Matkę. Przede wszystkim wyraźnie i stanowczo nakazał życie kontemplacyjnej modlitwy jako najdoskonalsze, jakie można przeżyć na ziemi, mówiąc Marcie, że działanie, nawet w najbardziej koniecznych obowiązkach, nie jest mimo wszystko najlepszym sposobem, w który można wykorzystać czas i miłość, ale że raczej Maria obrała najlepszą cząstkę... jedno, czego po trzeba i tego nie będzie pozbawiona88, nawet przez miłującą gorliwość siostry. Wreszcie, w Jezusie Chrystusie, tak samo jak w Jego Kościele, stwierdzono przewinę dokładnie w tych dwóch punktach. Kiedy żył życiem ukrytym na wsi, ganiono Go, że nie poszedł na święto i nie ogłosił wyraźnie swoich praw - to jest, usprawiedliwiając

poprzez działanie swoje pretensje do mesjaństwa. A kiedy to zrobił, błagano Go, aby nakazał oklaskującym Go milczenie89 - to jest, aby usprawiedliwił poprzez pokorę i wycofanie swoje pretensje do duchowości.
87 Łk 22,41. 88 Łk 10,42. 89 Dz 12,17.

85 Dlatego w systemie katolickim bardzo łatwo jest znaleźć pogodzenie tych dwóch elementów. Po pierwsze, to właśnie Boskość Kościoła wyjaśnia jego żarliwe uczucie wobec Boga. To jemu, jak żadnemu innemu na ziemi, została objawiona twarz Boga, jako absolut i skończone piękno, które leży poza granicami wszelkiego stworzenia. Można powiedzieć, że Kościół w swej Boskości nawet podczas swego pobytu na ziemi cieszy się ową dającą wieczne szczęście wizją, która przez cały czas zachwycała święte człowieczeństwo Jezusa Chrystusa. Zatem w towarzystwie całych niebios, z Maryją Niepokalaną, z Serafinami i ze świętymi Boga w chwale, Kościół wytrwał, jakby [na oczy] widział Niewidzialnego90. Nawet kiedy oczy ludzkości są zaciśnięte, kiedy ludzcy członkowie Kościoła według wiary, a nie dzięki widzeniu postępują91, Kościół w swej Boskości, którą stanowi gwarantowana obecność w nim Jezusa Chrystusa, już mieszka na wyżynach niebieskich92 i już przystępuje do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego i do Boga samego93, który jest światłem, a w nim wszystkie sprawiedliwe rzeczy są widziane jako sprawiedliwe.
90 91 92 93 Hbr 11, 27. 2 Kor 5, 7. Ef 1,3. Hbr 12, 22-23.

86 Czy zatem jest dziwne, że od czasu do czasu jakieś wybrane dziecko Kościoła chwyta odbity w lustrze fragment tego, co sam Kościół ogląda z odsłoniętą twarzą? Czy jest dziwne, że od czasu do czasu jakaś katolicka dusza, wybrana i wezwana przez Boga do tego niezwykłego przywileju, nagle dostrzega, jak nigdy przedtem, że Bóg jest jednym jedynym absolutnym pięknem i że, w porównaniu z kontemplacją tego Piękna (która to kontemplacja stanowi, poza wszystkim, ostateczne życie w wieczności, do którego ma dojść każda odkupiona dusza) wszystkie działania ziemskiego życia są niczym, i że w swym żarliwym uczuciu dla tego godnego uwielbienia Boga owa dusza musi udać się do ukrytego pokoju, zamknąć drzwi i modlić się do swego Ojca, który jest w ukryciu94, i tak pozostać modląc się, jako ukryty kanał życia dla całego tego Ciała, którego jest członkiem, jako pośredniczka dla całej społeczności, której jeden z elementów stanowi? Zatem tam, w ciszy, siedzi u stóp Jezusa i słucha głosu, który jest jak głos wielu wód95. Pośród bieli swej celi ogląda Tego, którego twarz jest jak płomień ognia96 i w surowości, poszcząc, kosztuje i widzi, jak dobry jest Pan97.
94 M t 6,6. 95 Ap 1,15. 96 Ap 19,12 i Wj 3,2.

97 Ps 34,9.

87 Oczywiście jest to nic innego jak szaleństwo i głupota dla tych, którzy znają Boga jedynie w Jego stworzeniu, którzy wyobrażają Go sobie tylko i wyłącznie jako duszę świata i witalność stworzonego życia. Dla takich jak oni ziemia jest Jego najwyższym Niebem, a piękno świata - najszlachetniejszą wizją, jaką można sobie wyobrazić. Jednak taka dusza, która jest katolicka, która rozumie, że odwieczny tron jest rzeczywiście ponad gwiazdami i że transcendencja Boga jest tak samo w pełni prawdziwa, jak Jego immanencja, że Bóg sam w sobie, z dala od wszystkiego co utworzył, jest nieskończenie piękny i całkowicie wystarczający w swym pięknie, taka dusza jak ta, jeśli zostanie wezwana do tego życia, nie potrzebuje, aby Kościół wyraźnie deklarował, że życie kontemplatywne jest najdoskonalsze. Ona już to wie. Zatem po pierwszym przykazaniu miłości w sposób nieunikniony następuje drugie, a katolicka interpretacja tego drugiego jest uważana przez świat, który także go nie rozumie, za równie ekstrawagancką, jak interpretacja pierwszego. Bowiem ten Boski Kościół, który zna Boga, jest także społecznością ludzką, mieszkającą między ludźmi, a ponieważ sam w sobie jednoczy Boskość i człowieczeństwo, nie może spocząć, póki ich nie zjednoczy wszędzie. 88 Kiedy bowiem zwraca swoje oczy od Boga ku ludziom, widzi tam dusze nieśmiertelne, uczynione na podobieństwo Boga i uczynione dla Niego i tylko dla Niego, poszukujące zadowolenia w stworzeniu, zamiast w Stwórcy. Kościół słyszy, jak świat głosi świętość temperamentu i świętość indywidualnego punktu widzenia, jakby w ogóle nie było transcendentnego Boga i jakby nigdy nie dokonał On żadnego obiektywnego odwiecznego Objawienia. Kościół widzi, jak ludzie, zamiast starać się dostosować do Boskiego Objawienia samego Boga, próbują raczej dostosować te fragmenty owego Objawienia, które do nich dotarły, do swego punktu widzenia. Słucha, jak mówi się o „aspektach prawdy", o „szkołach myślenia" i „wartościach doświadczenia", jakby Bóg nigdy nie przemówił ani w grzmotach Synaju, ani cichym głosem Galilei. Czy zatem jest coś dziwnego w tym, że prozelityzm Kościoła wydaje się takiemu światu równie przesadny, jak jego kontemplacja, jego żarliwe uczucie dla ludzi - równie nierozsądne, jak jego żarliwe uczucie dla Boga, kiedy ten świat widzi Kościół przychodzący ze swych klasztorów i swych sekretnych miejsc, aby obwieszczać jak przy dźwiękach trąb te żądania Boga, które objawił, te prawa, które ogłosił i te nagrody, które obiecał? Cóż innego może czynić Kościół, który spoglądał na najchwa89 lebniejszą twarz Boga, a potem na puste i pełne samozadowolenia twarze ludzi - on, który zna Boską nieskończoną zdolność zadowolenia ludzi i niemal nieskończoną ludzką niezdolność do poszukiwania Boga - kiedy widzi jakąś biedną duszę zamykającą się rzeczywiście wewnątrz śmiertelnych i zimnych murów jej „temperamentu" i „indywidualnego punktu widzenia", podczas gdy ziemia i niebo oraz Pan ich obu czekają na nią na zewnątrz?

Kościół zatem jest zbyt mocno zainteresowany ludźmi i za bardzo zaabsorbowany Bogiem. Oczywiście jest zbyt mocno zainteresowany i za bardzo zaabsorbowany, ponieważ tylko on zna wartość zdolności ich obu. On, który jest sam w sobie zarówno Boski, jak i ludzki. Dla niego bowiem religia nie jest eleganckim wypełnieniem eleganckiej filozofii, ani ujmującego schematu przypuszczeń. Jest płomienną więzią pomiędzy Bogiem i człowiekiem, z których żaden nie może być spełniony bez drugiego, Jeden w cnocie swej miłości, a drugi w cnocie swego stworzenia. Zatem tylko Kościół potrafi zrozumieć i pogodzić ten wspaniały paradoks prawa, które jest zarówno stare, jak i nowe. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem... a swego bliźniego jak siebie samego98.
98 Łk 10,27.

91 ROZDZIAŁ VI WIARA I ROZUM Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego - Mk 10,15. Są trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę - 2 P 3,16. Istnieją dwa dary, albo zdolności, poprzez które ludzie osiągają prawdę: wiara i rozum. Z tych dwóch stron zatem pochodzą dwa kolejne ataki na pozycję katolicyzmu, pozycję, która sama w sobie nie zwraca się w żadnym z tych kierunków. Z jednej strony słyszymy, że wierzymy zbyt prosto, z drugiej - że nie wierzymy dostatecznie prosto. Z jednej strony - że dowodzimy zbyt mało, z drugiej - że nie dowodzimy wystarczająco dużo. Uporządkujmy te ataki. ,Wy katolicy - mówi jeden krytyk - jesteście zbyt łatwowierni w sprawach religii. Wierzycie nie jak wie92 rzą ludzie rozumni, dlatego, że zweryfikowaliście albo doświadczyliście prawd, które wyrażacie, ale po prostu dlatego, że te dogmaty przedstawia wam Kościół. Jeśli rozum i zdrowy rozsądek są darami Boga, które mają być wykorzystywane, to z pewnością bardzo dziwne jest, że uciszacie je, poszukując najwyższej prawdy. Wiara oczywiście ma swoje miejsce, ale nie może to być ślepa wiara. Rozum musi testować, weryfikować i interpretować, w przeciwnym razie wiara jest zwykłą naiwnością. Rozważcie na przykład słowa Chrystusa, To jest Ciało moje. Można z pewnością przypuszczać, że te słowa, tak jak brzmią, oznaczają to, co wy twierdzicie, że oznaczają. Jednak zinterpretowane przez rozum nie mogą oznaczać niczego takiego. Czy sam Chrystus nie siedział w cielesnej postaci przy stole, kiedy je wypowiedział? Jak zatem mógł trzymać siebie samego w dłoni? Czyż stale nie przemawiał w metaforach i obrazach? Czy nie nazywał samego siebie bramą i winnym krzewem99? Zatem kiedy użyjemy rozumu do interpretacji tych słów, oczywiste jest, że nie miał na myśli niczego więcej jak tylko, że ustanawia upamiętniające święto, w którym chleb ma symbolizować Jego Ciało, a wino Jego Krew.

99 J10, 7 i J15,1.

93 Tak jak w przypadku wielu innych szczególnie katolickich doktryn - praw Piotrowych, władzy «związywania i rozwiązywania» i całej reszty. Wiara katolicka w tych punktach wykazuje nie wiarę odpowiadającą tej nazwie - to jest wiarę sprawdzoną przez rozum ale wyłącznie łatwowierność. Bóg dał nam wszystkim rozum! Zatem w Jego Imię używajmy go!" Z drugiej strony pochodzi dokładnie przeciwny zarzut. „Wy katolicy - woła inny krytyk - jesteście w swojej wierze zbyt argumentacyjni, dedukcyjni i logiczni. Prawdziwa religia jest czymś bardzo prostym. Tb postawa dziecka, które ufa i nie zadaje pytań. Ale u was katolików religia przerodziła się w teologię. Jezus Chrystus nie napisał Sumy teologicznej. Sformułował kilka prostych stwierdzeń, które, tak jak brzmią, zawierają całą religię chrześcijańską. Są pełne tajemnicy, bez wątpienia, ale to On sam pozostawił je tajemniczymi. Dlaczego zatem wasi teolodzy próbują penetrować regiony, których nie objawił i rozwijać to, co pozostawił nierozbudowanym? Weźmy na przykład słowa Chrystusa: To jest Ciało moje. Oczywiście teraz te słowa są tajemnicze i gdyby Chrystus uważał, że powinny być inne, sam dałby do nich niezbędny komentarz. Jednak tego nie zrobił. 94 Pozostawił je w straszliwej i głębokiej prostocie, w którą żadna ludzka logika nie powinna nawet próbować się zapuszczać. Jednak spójrzcie na rozległą i skomplikowaną teologię, którą tradycje albo nagromadziły na owych słowach, albo próbowały z nich wydobyć, na teorie filozoficzne, za pośrednictwem których próbowano je wyjaśnić, na skomplikowane i głębokie nabożeństwa, które na nich oparto! Cóż mają wspólnego słowa takie jak «transsubstancjacja» i «współobecność», nabożeństwo wystawienia Najświętszego Sakramentu, zgromadzenia takie jak Kongres Eucharystyczny, z dostojną prostotą ustanowienia przez samego Chrystusa? Wy katolicy zbytnio debatujecie dedukujecie, wnioskujecie sylogistycznie i wyjaśniacie - aż prosta wspaniałość tajemniczego aktu Chrystusa zostanie całkowicie przykryta i schowana. Bądźcie mniej skomplikowani! Lepiej jest kochać Boga, niż uczenie rozprawiać o Trójcy Świętej. Nie spodobało się Bogu zbawić swego ludu poprzez dialektykę100. Więcej wierzcie, mniej debatujcie!" Zatem raz jeszcze podnoszony jest podwójny zarzut. Wierzymy, jak się zdaje, tam, gdzie powinniśmy dowodzić. Dowodzimy tam, gdzie powinniśmy wierzyć.
100 Por. 1 Kor 1,21.

95 Wierzymy zbyt ślepo i nie dość ślepo. Dowodzimy zbyt szczegółowo i nie dość szczegółowo. Jest to rozległy temat - relacje wiary i rozumu oraz miejsce każdego z nich w postawie człowieka wobec prawdy. Możemy oczywiście jedynie rzucić okiem na te zagadnienia w zarysie.

Przede wszystkim rozważmy, jako rodzaj ilustracji, relacje tych rzeczy w zwykłej ludzkiej nauce. Ani wiara, ani rozum nie będą tam dokładnie takie same jak w sprawach nadprzyrodzonych. Jednak dla naszego celu będzie to wystarczająca paralela. Naukowiec, powiedzmy, zamierza przeprowadzić obserwacje struktury nogi muchy. Chwyta swą muchę, przeprowadza sekcję, preparuje, umieszcza pod mikroskopem, obserwuje i notuje. Wydawałoby się, że jest to czysta nauka w jej najczystszym, a rozum - w jego najbardziej rozumnym aspekcie. Jednak akty wiary w tym bardzo prostym procesie są, jeśli to dokładnie rozważymy, po prostu niezliczone. Naukowiec musi przyjąć jako akt wiary, z pewnością rozumny akt, niemniej jednak - wiary, co następuje: najpierw, że jego mucha nie jest wybrykiem natury, następnie - że jego soczewka jest symetrycznie wyszlifowana, potem - że jego obserwa96 cja jest adekwatna, potem - że jego pamięć nie zawodzi go pomiędzy obserwacją a dokonaniem zapisu tego, co widział. Te akty są tak rozsądne, że zapominamy, iż są aktami wiary. Są usprawiedliwione przez rozum, zanim zostaną dokonane i są zazwyczaj, chociaż nie zawsze, weryfikowane później przez rozum. Jednak są, w swej istocie, wiarą, a nie rozumem. Podobnie kiedy dziecko uczy się obcego języka. Rozum uzasadnia jeden jego akt wiary - że nauczyciel jest kompetentny, kolejny - że jego gramatyka jest prawidłowa, trzeci - że słyszy, widzi i rozumie poprawnie podawane mu informacje, czwarty - że taki język rzeczywiście istnieje. A kiedy później odwiedza Francję, może, bez ograniczeń, znowu zweryfikować swym rozumem akty wiary, jakie uprzednio przyjęło. Niemniej jednak były to akty wiary, chociaż rozumne. Jednym słowem: żadna zdobycz ani postęp w żadnej dziedzinie ludzkiej wiedzy nie są możliwe bez ćwiczenia wiary. Nie mogę zejść po schodach w ciemności bez co najmniej tylu aktów wiary, ile jest stopni schodów. Społeczeństwo nie mogłoby przetrwać kolejnego dnia, gdyby całkowicie brakowało wzajemnej wiary między jego jednostkami. Z pewnością najpierw używamy rozumu, aby usprawiedliwić naszą wiarę, a później do97 wodzimy, aby ją zweryfikować. Niemniej jednak środkowym stopniem jest wiara. Kolumb najpierw dowiódł, że za Atlantykiem musi być ląd, a później użył tego samego rozumu, aby zweryfikować swe odkrycie. Jednak bez najwyższego aktu wiary pomiędzy tymi dwoma procesami, bez tego niemal zuchwałego momentu, w którym pierwszy w Europie podniósł kotwicę, rozum nigdy nie wyszedłby poza spekulatywne teoretyzowanie. Wiara uczyniła dla niego realnym to, co rozum sugerował. Wiara faktycznie spełniła to, o czym rozum mógł jedynie śnić. Przyjrzyjmy się teraz przyjściu na ziemię Jezusa Chrystusa. Przyszedł, jak teraz wiemy, Boski Nauczyciel z nieba, aby dokonać Objawienia od Boga. Przyszedł mianowicie, aby żądać od ludzi najwyższego aktu wiary w Niego samego. On sam był bowiem wcieloną mądrością i dlatego żądał, jak nikt inny nie może tego żądać, najwyższej akceptacji swego prawa. Zatem żaden postęp w Boskiej wiedzy, jak On sam nam mówi, nie jest możliwy bez tego początkowego aktu. Kto nie przyjmie królestwa

Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego101. Każda dusza, która ma otrzymać to nauczanie w jego całości, musi najpierw przyjąć Nauczyciela i siąść u Jego stóp.
101 Mk 10,15.

98 Jednak nie przedstawił tego roszczenia wyłącznie na podstawie własnego, niepopartego niczym, słowa. Przedstawił, by tak rzec, swe listy uwierzytelniające. Wypełnił proroctwo. Czynił cuda. Zaspokajał poczucie moralności. Wierzcie Mi - mówił przynajmniej ze względu na same dzieła102. Zatem zanim zażądał fundamentalnego aktu wiary, od którego musi zależeć przyjęcie Objawienia, podjął trud uczynienia tego aktu wiary rozumnym. „Spójrzcie, co czynię - powiedział faktycznie - obserwowaliście Moje życie, słowa i czyny. Teraz czyż nie jest zgodne z rozumem, abyście uznali Moje roszczenia? Czy możecie uzasadnić, rozumowo, na jakiejkolwiek innej podstawie, niż ta, o której mówię, zjawiska Mojego życia?" Z pewnością zatem odwoływał się do rozumu. Odwoływał się do prywatnego osądu, ponieważ aż do tamtej chwili było to wszystko, co posiadali Jego słuchacze. Ale żądając aktu wiary, odwoływał się do prywatnego osądu po to, aby postawić go z boku. Odwoływał się do rozumu, jakby mówił: czyż nie byłoby rozsądnie stanąć na chwilę z boku i pozwolić wierze zająć jego miejsce. I wiemy, jak odpowiedzieli Jego uczniowie. A wy za kogo Mnie uważacie?... Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego103.
102 J 14,11. 103 Mt 16,15-16.

99 Zatem w tym momencie rozpoczął się nowy etap. Oni użyli swego rozumu i swego prywatnego osądu i - wspomagani przez Jego łaskę - doszli do wniosku, że kolejny rozsądny krok to krok wiary. Aż do tego momentu obserwowali, przeprowadzali sekcję, krytykowali i analizowali Jego słowa. To jest, badali Jego „listy uwierzytelniające". A teraz to sam rozum nakłaniał ich ku wierze, rozum, który zrzekł się tego, co do tamtego momentu było jego prawem i jego obowiązkiem, aby wiara mogła zająć swoje właściwe miejsce. Odtąd zatem postawa uczniów musi być inna. Aż do tego momentu używali rozumu, aby badać Jego prawo. Teraz to właśnie wiara, wspomagana i nakłaniana przez rozum, to prawo akceptowała. Jednak nawet teraz dzieło rozumu nie jest dokonane, chociaż jego zakres w przyszłości się zmieni. Rozum nie bada już czy Jezus jest Bogiem. Wiara to przyjęła. Jednak rozum musi być tak samo aktywny, jak zawsze, ponieważ teraz musi z całą mocą rozpocząć zadanie zrozumienia Jego Objawienia. Wiara dawała uczniom, by tak rzec, szkatułki klejnotów, jedną po drugiej. Każde słowo, które Jezus Chrystus odtąd do nich wypowiada jest kopalnią skarbów, jest absolutnie prawdziwe, ponieważ wiadomo, że On jest Boskim Nauczycielem, 100 który je dał. A rozum zaczyna teraz swoją nową pracę - nie usprawiedliwiania wiary, ale interpretowania jej, nie badania praw Jezusa, ponieważ zostały już raz na zawsze przyjęte, ale badania, rozumienia i asymilowania wszystkiego, co On objawia.

Zwróćcie się teraz ku katolicyzmowi. To właśnie Kościół katolicki - i tylko Kościół katolicki - działa tak, jak to czynił Jezus Chrystus i oferuje odpowiedni cel zarówno dla rozumu, jak i dla wiary. Po pierwsze bowiem, jest oczywiste, że gdyby Chrystus zamierzył, aby Jego Objawienie trwało przez wszystkie wieki, musiałby zaplanować środki, dzięki którym by trwało, jakiś autorytet, który by je ogłaszał i zachowywał tak, jak On sam je przekazał. Następnie, oczywiste jest, że ponieważ tylko Kościół katolicki w ogóle rości sobie takie prawo w sposób jasny i logiczny, jego prawo do reprezentowania owego autorytetu jest proporcjonalne do jasności i spójności jego roszczenia. Albo znów, Kościół przedstawia na poparcie tego prawa dokładnie te same „listy uwierzytelniające", jakie przedstawiał Jezus. Kościół wskazuje na swoje cuda, swoje osiągnięcia, wypełnienie proroctwa, jedność swego nauczania, odwołanie do ludzkiego poczucia moralności - wszyst101 ko to są odwołania do rozumu i odwołania, które zmierzają, jak to było w przypadku Jezusa, do najwyższego żądania, które także On uczynił, do żądania aktu wiary w sam Kościół jako Boskiego Nauczyciela. Bowiem tylko Kościół tego żąda. Inne wyznania chrześcijaństwa wskazują na Pismo Święte, albo na pisma Ojców, albo na przykład swych członków i Kościół katolicki również te rzeczy czyni. Ale tylko on odwołuje się do owych rzeczy nie jako samych w sobie ostatecznych, nie jako stanowiących najwyższą instancję, ale wskazujących jako tę instancję żyjący głos Kościoła. Wierzcie mi, przynajmniej ze względu na same dzieła104, mówi także Kościół. „Używajcie w pełni swego rozumu, aby zbadać moje «listy uwierzytelniające». Studiujcie proroctwa, historię, Ojców Kościoła - studiujcie moje prawa w każdej dziedzinie, w której wasz intelekt jest kompetentny - a potem zobaczcie, czy nie jest to absolutnie rozumne dla rozumu, aby zrzekł się tego szczególnego tronu, na którym zasiadał tak długo, a w zamian posadził tam wiarę? Oczywiście idźcie za swoim rozumem i użyjcie waszego prywatnego osądu, ponieważ obecnie nie macie innego przewodnika. A potem, daj Boże, z pomocą wiary, rozum sam pokłoni się przed
104 J14,11.

102 wiarą i będzie odtąd zajmował własne miejsce, nie na tronie, ale na stopniach, które do niego wiodą". Czy zatem odtąd rozum ma być cicho? Dlaczego, daje odpowiedź cała teologia. Czy Newman przestał myśleć, kiedy stał się katolikiem? Czy Tomasz z Akwinu zrezygnował ze swego intelektu, kiedy poświęcił się studiom? Rozum nie jest cicho ani przez chwilę. Przeciwnie, jest aktywny jak nigdy przedtem. Oczywiście nie zajmuje się już badaniem, czy Kościół jest Boski, ale zamiast tego z niewiarygodnym wysiłkiem bada, co wynika z tego faktu, sortuje nowe skarby, które otwierają się wraz z brzaskiem Objawienia przed jego oczami, organizuje, dedukuje i stara się zrozumieć szczegóły oraz strukturę zadziwiającej wizji prawdy. A ponadto jest tak niezmienny jak zawsze. Nigdy bowiem nie można mu przedstawić żadnego artykułu wiary, który zadaje kłam jego naturze, ponieważ Objawienie i rozum nie mogą sprzeciwiać się sobie nawzajem. Rozum nauczył się rzeczywiście, że tajemnice Boga często wykraczają poza jego władze, że nie może pojąć nieskończonego przy pomocy skończonego. Jednak nigdy ani przez chwilę nie

każą mu się wycofywać z jego własnej pozycji, ani wierzyć w to, co postrzega jako nieprawdziwe. Rozum poznał swoje ograniczenia i wraz z tym doszedł do zrozumienia swych nienaruszalnych praw. 103 Zobaczcie zatem, jak cechy Chrystusa prześwitują poprzez rysy Jego Kościoła. Tylko Kościół ośmiela się rościć sobie prawo do aktu Boskiej wiary w siebie, ponieważ to Chrystus przemawia Głosem Kościoła. Tylko Kościół, ponieważ jest Boski, nakazuje najmędrszym ludziom stać się jak dzieci105 u jego stóp i obdarza małe dzieci mądrością starożytnych. Jednak z drugiej strony, w swym wspaniałym człowieczeństwie, Kościół wytworzył, poprzez ćwiczenie oświeconego ludzkiego rozumu, takie bogactwo teologii, jakiego świat nigdy nie widział. Czy to dziwne, że świat uważa zarówno wiarę, jak i rozum Kościoła, za zbyt skrajne? Albowiem wiara Kościoła wyrasta z jego Boskości, a rozum - z jego człowieczeństwa. A taki potok Boskości i takie wymowne człowieczeństwo, taka wspaniała ufność w objawienie Boga i taka niestrudzona praca nad zawartością tego Objawienia, są zupełnie niewyobrażalne dla świata, który w rzeczywistości obawia się zarówno wiary, jak i rozumu. Zatem u stop Kościoła, i tylko tam, najmędrsi i prości klęczą razem - św. Tomasz i dziecko, Św. Augustyn i węglarz, tak różni w swym człowieczeństwie, jak tylko mogą być ludzie, tak zjednoczeni w świetle Boskości, jak mogą być jedynie ci, którzy je odnaleźli.
105 Mt 18,3.

104 Kościół idzie zatem naprzód, do zwycięstwa. „Najpierw użyjcie swego rozumu - woła do świata - aby zobaczyć, czy nie jestem Boski! Potem, popchnięci przez rozum i z pomocą łaski, wznieście się ku wierze. Potem raz jeszcze wezwijcie wasz rozum, aby zweryfikować i zrozumieć te tajemnice, które przyjmujecie jako prawdziwe. I tak, krok po kroku, widoki prawdy otworzą się przed wami, a doktryny zaświecą światłem, o jakim się nie śniło. Tak wiara będzie interpretowana przez rozum, a rozum będzie podtrzymywać dłonie wiary, aż rzeczywiście dojdziecie do niezasłoniętej wizji prawdy, której stopy już ściskacie z miłością i uwielbieniem, aż zobaczycie, twarzą w twarz, w niebiosach, Tego, który jest jednocześnie dawcą rozumu i Autorem wiary"106.
106 Hymn Author of faith, eternal Word, słowa: Charles Wesley, 1740 r.

105 ROZDZIAŁ VII WŁADZA I WOLNOŚĆ Prawda was wyzwoli - J 8, 32. Wszelki umysł poddajemy w posłuszeństwo Chrystusowi - 2 Kor 10,5. Rozważyliśmy już w zarysach relacje pomiędzy wiarą i rozumem, jak każde z nich jest najwyższe w swojej dziedzinie i jak kolejno wspierają i potwierdzają się nawzajem. Przechodzimy teraz do rozwinięcia tego tematu, jakie się niemal natychmiast z niego

wyłania, a mianowicie do relacji pomiędzy władzą a wolnością. Rozpoczniemy te rozważania, tak jak przedtem, ilustrując je zarzutami świata wobec Kościoła. W skrócie, są one formułowane w następujący sposób: Słyszymy, że wolność jest nutą chrześcijaństwa, jako zawarta w Ewangeliach, zarówno w dyscyplinie, jak i w doktrynie. Jezus Chrystus przyszedł na świat głównie 106 po to, aby zastąpić nowym prawem stare i w ten sposób uwolnić ludzi od skomplikowanej teologii i drobnych szczegółów religijnej rutyny, która charakteryzowała podejmowane przez ludzi próby zredukowania owego starego prawa do praktyki. Stare prawo, kiedy zostało dane, mogło być lub nie być doskonale dostosowane do potrzeb ludu Bożego we wczesnych stadiach rozwoju cywilizacji żydowskiej, ale w każdym razie na podstawie setek tekstów Ewangelii pewne jest, że Jezus Chrystus w swoich czasach uznał je za niemożliwe do przyjęcia zniewolenie nałożone na życie religijne ludzi. Teologia przekształciła się w niewiarygodny system dogmatyczny „dzielący włos na czworo", a dyscyplina zamieniła się w mnogość irytujących obrządków. Jezus Chrystus w miejsce tego wszystkiego głosił wyznanie wiary, które było w swej istocie proste, a jednocześnie zastępowało wyszukany ceremonializm faryzeuszy duchem wolności. Dogmat, który głosił Jezus, był czymś więcej, niż to, że Bóg jest Ojcem wszystkich i dlatego wszyscy ludzie są braćmi. „Dyscyplina" w zwykłym znaczeniu tego słowa jest praktycznie nieobecna w Ewangelii, a co do ceremoniału, nie ma żadnego, z wyjątkiem tego, jaki jest konieczny do wypełniania dwóch wyjątkowo prostych rytów, które On ustanowił: chrztu i Wieczerzy Pańskiej. 107 Słyszymy, że owego domniemanego ducha wolności można dziś znaleźć jedynie w protestantyzmie. W tym systemie, jeśli można go ściśle takim nazwać, i jedynie w tym systemie, człowiek może korzystać z tej wolności, która została mu zagwarantowana przez Jezusa Chrystusa. Po pierwsze, co do doktryny, może wybierać, ważyć i badać sam dla siebie, w obrębie szerokich granic, które ustanowił Chrystus, owe doktryny czy nadzieje, które zyskają uznanie jego intelektu. Następnie, w kwestiach dyscypliny, znowu może wybierać dla siebie te sposoby życia i działania, które sam uzna za pomocne dla swego duchowego rozwoju. Może na przykład modlić się w tym kościele, który woli, uczestniczyć w tych i tylko w tych nabożeństwach, które przypadną mu do gustu. Może jeść albo nie jeść to lub tamto pożywienie - jak woli i generalnie organizować swój dzień tak, jak to mu sprawia przyjemność. Słyszymy nadto, że wszystko to jest zgodne z duchem chrześcijańskiego Nowego Testamentu. Prawda go wyzwoli, jak obiecał sam Chrystus. Z drugiej strony, Kościół katolicki jest zasadniczo Kościołem zniewolenia. Po pierwsze, w zakresie dyscypliny, na jego dzieci nakładany jest ogromny ciężar obrządków i obowiązków, porównywalny jedynie z sys108 temem faryzejskim. Katolik musi modlić się w tym kościele, a nie w innym, w ten

sposób, a nie w inny. Musi przestrzegać miejsc i godzin, i to nie tylko w kwestiach religijnych, ale i świeckich. Musi jeść takie pożywienie tego dnia, a innego - inne. Musi przystępować do sakramentów w określonych porach. Musi spełniać pewne czynności i powstrzymać się od innych, i to w kwestiach, które same w sobie są obojętne. Także w zakresie dogmatu brzemię, które musi nieść, jest niemniejsze. Nie tylko proste słowa Chrystusa zostały przez urzędników Kościoła rozwinięte w rozległy system teologiczny, ale całość tego systemu, aż do jego najmniejszych szczegółów, złożono na barkach nieszczęsnego wiernego. Nie wolno mu wybierać pomiędzy tą czy tamtą teorią dotyczącą sposobu obecności Chrystusa w Eucharystii. Musi przyjąć dokładnie tę, a nie inną teorię, którą opracował Kościół. Rzeczywiście, tak samo w doktrynie, jak i w dyscyplinie, Kościół cofnął się dokładnie do owego dawnego panowania tyranii, które zniósł Chrystus. Katolik, inaczej niż protestant, który zachował ducha wolności, znajduje się w takiej samej sytuacji, w której niegdyś jęczał Izrael. Jest niewolnikiem, a nie dzieckiem. Jak mówi stare powiedzenie, krępuje własne kończyny poprzez akt 109 wiary i wkłada drugi koniec łańcucha w dłonie księdza. Tak w zarysach wygląda zarzut przeciwko nam. Duża część tych stwierdzeń jest tak nieprawdziwa, że nie wymaga obalenia. Na przykład całkowicie fałszywe jest przekonanie, że teologia Nowego Testamentu jest prosta. Daleko bardziej prawdziwe jest stwierdzenie, iż, w porównaniu z usystematyzowaną teologią Kościoła, jest oszałamiająco złożona i niezrozumiała, a na to, jak bardzo jest złożona i niezrozumiała, wskazują setki wyznań wiary, które w oparciu o nią sporządzili protestanci, przy czym każde wyznanie wiary rości sobie prawo, aby być jej jedyną właściwą interpretacją. Ludzie doszli do tego, że jest ona „prosta" dopiero współcześnie, poprzez desperackie eliminowanie z niej każdego elementu, na który nie zgadzali się wszyscy protestanci. Reszta jest faktycznie „prosta". Tylko że to nie jest teologia Nowego Testamentu! Dogmaty takie jak ten o Trójcy Świętej, o pochodzeniu Ducha Świętego, o naturze łaski i grzechu - wszystkie, czy to głoszone przez konserwatystów, czy reformatorów, nie są proste i jest całkowitą nieprawdą, że Chrystus nie wygłaszał żadnych twierdzeń w tych kwestiach, jakkolwiek mogą być rozumiane. Dalej, jest całkowitą nieprawdą, że teologia protestancka jest „prosta". Jest w każdym drobiazgu tak samo rozbudowana, 110 jak teologia katolicka i znacznie bardziej złożona w tych punktach, w których protestanccy duchowni nie są zgodni. Spory dotyczące usprawiedliwienia, w które stale się angażowali tacy ludzie jak Kalwin i Luter, wraz ze swymi uczniami, są dokładnie tak samo skomplikowane, jak wszelkie dyskusje na temat łaski między jezuitami a dominikanami. Jednak ogólna różnica jest dość wyraźna - że katolik jest zobowiązany wierzyć w pewien zestaw dogmatów, podczas gdy protestant ma swobodę ich przyjmowania czy odrzucania. Dlatego, jak się utrzymuje, protestant jest „wolny", a katolik - nie. I to prowadzi nas wprost do rozważania relacji pomiędzy władzą a wolnością.

Czym zatem jest wolność religijna? Trzeba zacząć od sformułowania pewnej idei, dotyczącej tego, co rozumiemy pod tym pojęciem w innych obszarach niż religijny. W skrócie, można powiedzieć, że jednostka cieszy się wolnością społeczną, kiedy może być posłuszna prawom i władzom swej prawdziwej natury i kiedy może ich używać, a wspólnota cieszy się wolnością, kiedy wszyscy jej członkowie mogą to robić, nie przeszkadzając zbytnio sobie nawzajem. Im pełniejsza owa możliwość, tym bardziej doskonała wolność. 111 Od razu pojawia się znaczący paradoks - że wolność może być zagwarantowana jedynie przez prawa. Tam, gdzie nie ma praw, albo jest ich zbyt mało, aby ją zagwarantować, natychmiast pojawia się niewolnictwo, tak samo jak wtedy, kiedy praw jest zbyt wiele. Silniejszym jednostkom umożliwia się bowiem, poprzez brak praw, tyranizowanie słabszych. Nawet obszerne i złożone ustawodawstwo naszych czasów ma na celu zwiększanie, a nie krępowanie wolności, a jego większa złożoność jest wymuszona przez większą złożoność i liczniejsze wzajemne relacje współczesnego społeczeństwa. Oczywiście prawa mogą być niemądre, albo przesadnie szczegółowe, albo rozmyślnie zniewalające. Jednak to nie wpływa na fakt, że prawa te są konieczne dla zachowania wolności. Kupcy, kobiety i dzieci, i w ogóle obywatele, mogą cieszyć się prawowitą wolnością jedynie wtedy, gdy są chronieni przez prawa. Zatem jedynie ten człowiek jest wolny, który jest najstaranniej strzeżony. W ten sam sposób, wolność naukowa nie polega na braku wiedzy, albo naukowych dogmatów, ale na ich obecności. Jesteśmy otoczeni przez niezliczone fakty natury i ten człowiek jest wolny, który jest w pełni świadomy tych faktów, jakie wpływają na jego życie. Tb prawda, na przykład, że dwa i dwa daje cztery i że ciężkie ciała 112 spadają w kierunku środka ziemi. Tylko bardzo powierzchowny myśliciel może sądzić, że nieznajomość tych faktów to bycie wolnym od ich zniewalających dogmatów. Jeśli o nich nie wiem, oczywiście w pewnym sensie posiadam wolność, mogąc wierzyć, że dwa i dwa daje pięć oraz skoczyć z dachu mego domu. Jednak nie jest to wcale wolność w takim sensie, w jakim rozum pozwala ludziom używać tego słowa, ponieważ moja znajomość praw umożliwia mi bycie skutecznym i - w rzeczywistości - przetrwanie pośród świata, w którym przypadkowo prawa te są prawdziwe. Zatem ten człowiek jest bardziej „wolny", którego rozum został o nich poinformowany i który poddaje się tym prawom, a nie człowiek, którego rozum jest ich nieświadomy. Rozum Marconiego poddaje się prawom piorunów i dlatego może z nich skorzystać. Ajaks jest ich nieświadomy i zgodnie z tym zostaje zniszczony przez ich działanie. Zatem prawda nas wyzwoli. Państwo, które kontroluje działania ludzi i kształci ich intelekt, które - jednym słowem - umacnia znajomość prawdy i zmusza do bycia jej posłusznym, faktycznie poprzez ten proces wyzwala swych obywateli. Jedynie w wyniku niewłaściwego użycia słów, albo błędnego uchwycenia idei, mogę utrzymywać, że nieświadomy dzikus jest bardziej wolny, niż 113 człowiek wykształcony. Tb prawda, że jestem w pewnym sensie „wolny", mogąc sądzić,

że dwa i dwa daje pięć, jeśli nie uczyłem się arytmetyki. Z drugiej strony, kiedy uczę się, że daje to cztery, wznoszę się ku wyższej i bardziej rzeczywistej wolności, którą obdarza znajomość arytmetyki. Jestem bardziej efektywny, nie mniej. Kiedy poddaję mój intelekt faktom, jestem bardziej, a nie mniej wolny, mogąc używać moich zdolności oraz korzystać z sił świata, w którym żyję. Dusza także posiada środowisko. Ludzie mogą się różnić w tym, co się tyczy jej natury i uwarunkowań, ale wszyscy, którzy w ogóle wierzą w duszę, wierzą także, że posiada ona swoje środowisko i że to środowisko istnieje tak samo w sferze praw, jak i w świecie naturalnym. Na przykład modlitwa unosi duszę, a niegodziwe myślenie ją poniża. Prawa tego środowiska były prawdziwe, zanim przyszedł Chrystus. W każdym razie Dawid wiedział coś o skrusze i o winie grzechu, a Natan wiedział coś przynajmniej o przebaczeniu grzechów i o doczesnej karze za nie. Zatem Chrystus przyszedł między innymi w tym celu: aby objawić prawa łaski i dostarczyć ludzkim umysłom przynajmniej niektóre fakty na temat życia du114 chowego, pośród którego żyją. Przyszedł ponadto częściowo po to, aby zmodyfikować działanie tych praw, aby niektóre bardziej otworzyć, a inne ograniczyć, jednym słowem, aby być Tym, który objawia prawdę i administratorem łaski. Przyszedł zatem, aby powiększyć wolność ludzi poprzez zwiększanie ich wiedzy, tak jak - w innej dziedzinie - przychodzi do nas w tym samym celu naukowiec. Istnieje na przykład prawo, że morderstwo jest grzechem wobec Boga i przynosi pewne konsekwencje, prawo wyrażone krótko w przykazaniu Nie zabijaj107. Ale Nasz Pan objawił więcej o działaniu tego prawa, niż ludzie wcześniej uznawali. A ja wam powiadam - stwierdził Chrystus - każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi108. Objawił, by tak rzec, fakt, że to prawo działa także w dziedzinie myśli, że nie tylko mordercze działanie, ale i duch nienawiści ściąga winę oraz karę za morderstwo. Czy ludzie byli mniej wolni, kiedy poznali ten fakt? Nie, chyba że ja jestem mniej wolny, niż byłem, zanim usłyszałem po raz pierwszy, iż piorun zabija. Chrystus przyszedł zatem, aby objawić Prawdę, która nas wyzwoli i czyni to, przekazując informację naszym
107 Wj 20,13. 108 Mt 5, 22.

115 umysłom i umożliwiając nam poddanie wszelkiego umysłu w posłuszeństwo Chrystusowi109. Zwróćcie się teraz ku Kościołowi katolickiemu. Oto społeczność, której funkcją jest zachowanie i stosowanie nauczania Chrystusa, analizowanie i wyrażanie go w formach czy systemach, które każde pokolenie może przyjąć. W tym zatem celu Kościół sporządza nie tylko Wyznanie wiary - które stanowi usystematyzowany wyraz chrześcijańskiego Objawienia - ale też zasady i prawa dyscypliny, które mają uczynić to wyznanie wiary i życie, które jest z nim zgodne, łatwiejszym do realizacji, a wszystko to Kościół czyni w wyraźnym celu, aby pojedyncza dusza mogła zareagować na swoje duchowe środowisko i dojść do pełnego wykorzystania swoich zdolności i praw. Tak jak naukowcy i mężowie stanu biorą, odpowiednio, wielkie prawa natury i społeczeństwa, i

sprowadzają je do zasad i kodeksów, jednak nie dodając ani nie odejmując faktów, które są prawdziwe, niezależnie od tego, czy są powszechnie uznawane, czy nie - a wszystko po to, aby nie zmniejszyć, ale poszerzyć powszechną wolność - tak samo Kościół, zabezpieczony w sposób Boski w tym procesie, bierze Objawienie 116 Chrystusa i poprzez swój dogmat i swoją dyscyplinę upowszechnia je, czyniąc jednocześnie zrozumiałym oraz przekonującym. Czym zatem jest ten niemądry krzyk o zniewoleniu dogmatu? Jak prawda może powodować cokolwiek innego, niż tylko czynić ludzi bardziej wolnymi? Jeśli człowiek nie jest gotowy powiedzieć, że naukowiec zniewala jego intelekt przekazując mu fakty, nie ośmieli się też powiedzieć, że Kościół krępuje jego intelekt definiując dogmat. Chrystus nie „zalecał" systemu faryzejskiego nie dlatego, że to był system, ale dlatego, że był faryzejski, to jest ponieważ nie był prawdziwy, ponieważ zaciemniał zamiast odsłaniać prawdziwe relacje pomiędzy Bogiem a człowiekiem, ponieważ sprawiał że Słowo Boga było pozbawiane mocy wskutek faryzejskich przepisów. Ale czy system katolicki stwarza pozory zniewalania człowieka? Dlaczego tak jest? Ponieważ jedynym sposobem dążenia do prawdy która nas wyzwoli i jej skutecznego wykorzystania jest poddanie wszelkiego umysłu w posłuszeństwo Chrystusowi110 117 ROZDZIAŁ VIII WSPÓLNOTOWOŚĆ I INDYWIDUALIZM Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? - Mt 16,25. 26. Żadna z zapisanych wypowiedzi Naszego Pana nie ilustruje lepiej niż ta zaskakującego i paradoksalnego sposobu Jego nauczania. Bowiem Ten, który wiedział, co w człowieku się kryje111, który zawsze zabierał głos w najlepiej pojętym interesie człowieka, zamieszkiwał i przemawiał w królestwie prawdy, gdzie paradoksalna natura samego człowieka jest najlepiej widoczna, gdzie jego interesy zdają się kwitnąć jedynie dzięki bezlitosnemu przycinaniu, gdzie wznosi się on na najwyższy poziom swego rozwoju jedynie poprzez samoumartwianie. Tb
111 J 2, 25.

118 jest rzeczywiście lekcja, jaką Chrystus przekazuje w tych słowach. Znaleźć życie to najwyższy cel każdego człowieka i kres, dla którego został stworzony. Jednak można to osiągnąć jedynie poprzez utratą życia z powodu Chrystusa. Indywidualność można zachować jedynie poprzez ofiarę z indywidualizmu. Rozłóżmy tę myśl na mniejsze elementy i rozważmy ją bardziej szczegółowo. Słyszymy, że katolicy są z gruntu najbardziej samolubnymi ludźmi na całym świecie, ponieważ wszystko co robią, mówią i myślą, jest skierowane i obliczone, na tyle, na ile

są „dobrymi katolikami", na zbawienie własnych dusz. Właśnie to stale pojawia się w ich rozmowach i prawdopodobnie to jest ich główną troską. Jednak z pewnością ze wszystkich metod ta jest najgorsza dla osiągnięcia takiego celu. Nie wyrywa się kwiatów, żeby zobaczyć, jak rosną. Sekretem zdrowia jest bycie go nieświadomym. Z drugiej strony, katolicy niemal nie robią niczego innego. Cały czas badają samych siebie, stale chodząc do spowiedzi, wciąż rozwijając i pielęgnując najmniejsze cnoty. Cała wiedza o kazuistyce, na przykład, nie jest skierowana na nic innego, jak tylko na to - na dokładne zdefiniowanie owych granic, w obrębie których zbawienie duszy jest pewne, a poza którymi 119 jest ono zagrożone. A kazuistyka, jak wszyscy wiemy, ma duszący i znieczulający wpływ na wszystkich, którzy ją studiują. Zobaczcie, jak taki ideał musi, siłą rzeczy, utrudniać prawdziwy rozwój i wzrost duszy. „Nie wolno mi czytać tej książki, jakkolwiek wspaniałej, ponieważ mogłaby być niebezpieczna dla mojej wiary. Nie wolno mi mieszać się w to towarzystwo, jakkolwiek czarujące, ponieważ złe kontakty psują dobre obyczaje". Co to za życie, które musi być stale kontrolowane i deformowane w ten sposób? Jakie to może być zbawienie, które można zdobyć jedynie poprzez ofiarę z tak wielu rzeczy, które są szlachetne i inspirujące? Prawdziwe życie polega na doświadczeniu, nie na introspekcji, na wychodzeniu z siebie do świata, nie na wycofywaniu się ze świata do wewnątrz. Dlatego przeżyjmy nasze życie bez strachu, zatraćmy się w człowieczeństwie, zapomnijmy o sobie w doświadczeniu, a resztę pozostawmy Bogu! To tyle z jednej strony, podczas gdy z drugiej słychać niemal dokładnie przeciwną krytykę. Mówi się, że katolicy nie są wystarczającymi indywidualistami. Przeciwnie, na zawsze pogrążają siebie i swą osobowość we wspólnym życiu Kościoła. Nie tylko kontroluje się ich zewnętrzne działania i pilnuje tego co mówią, ale nawet ich sumienia przenika zbiorowe sumienie, a ich myśli powstają 120 w oparciu o sposób myślenia innych. To jest najwyższa ambicja każdego dobrego katolika - być w zgodzie z Kościołem („sentire cum Ecclesia"). Nie tylko działać i mówić, ale nawet myśleć w zgodzie z innymi. Prawdziwe życie człowieka, mówią nam, polega na manifestowaniu własnej indywidualności. Bóg nie uczynił dwóch takich samych ludzi. W każdym pojedynczym przypadku forma została wykonana i zniszczona. Jeśli zatem mamy być tym, czym On chciał, abyśmy byli, musimy wydobyć jak najwięcej z naszej osobowości. Musimy myśleć własnymi myślami, nie innych ludzi, kierować własnym życiem, wyrażać własne poglądy - na tyle, oczywiście, na ile możemy to robić, nie przeszkadzając równorzędnej wolności naszego sąsiada. Raz jeszcze zatem jesteśmy zobowiązani przeżyć nasze życie w pełni. Jednak w tym przypadku nie dlatego, że wszyscy mamy swój udział w tworzeniu wspólnego człowieczeństwa, ale ponieważ go nie mamy! My katolicy błądzimy zatem z obu powodów i w obu kierunkach. Mylimy się, kiedy stawiamy siebie na pierwszym miejscu i mylimy się, kiedy tego nie robimy. Mylimy się, kiedy angażujemy się w nurt życia i mylimy się, kiedy wycofujemy się z jego wód. Mylimy się, kiedy upieramy się przy naszej osobistej odpowiedzialności i mylimy się, kiedy pragniemy, aby Kościół wziął ją na siebie.

121 Tutaj zatem rzeczywiście istnieje paradoks, ale taki, który sam Pan wyraźnie podkreśla. Po pierwsze bowiem, na nic innego nie kładł tak często nacisku, jak na najwyższą i wyjątkową wartość zbawienia każdej duszy. Jeśli tego nie osiągniesz, wszystko stracone. Cóż bowiem stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?112 Wszystko inne zatem trzeba poświęcić, jeśli to jedno jest w niebezpieczeństwie. Żadna ludzka własność, jakkolwiek wielka, nie może się z tym równać. Żadna ludzka więź, jakkolwiek święta, nie może przemawiać przeciw temu prawu. Nie tylko domy i ziemia, ale ojciec i matka, i żony, i dzieci muszą zejść na dalszy plan, jeśli tylko życie wieczne jest zagrożone. A jednak, tak czy inaczej, zbawienie można osiągnąć jedynie poprzez stratę. „Ja" może żyć tylko wtedy, kiedy zostanie poddane umartwieniu, może być ocalone jedynie przez wyparcie się siebie. Indywidualność, jak powiedziano, można zachować tylko poprzez utratę indywidualizmu. Ale nie dotyczy to wyłącznie sfery duchowej. Tb paradoks, który w pewnym sensie jest prawdziwy na każdej płaszczyźnie życia - obywatelskiej, intelektualnej, artystycznej, ludzkiej. Człowiek, który pragnie, aby jego intelektualne i osobowe zdolności znalazły się na najwyż112 Mk 8, 36.

122 szym poziomie, musi je stale pogrążać, by tak rzec, w nurcie swych współtowarzyszy, nieustannie je wyczerpując, wykorzystując i zużywając. Musi ryzykować i faktycznie w sposób nieunikniony tracić, w bardzo rzeczywistym sensie, swój osobisty punkt widzenia, jeśli ma zyskać punkt widzenia, który jest wart posiadania. Musi być zadowolony, widząc, jak jego teorie i jego myśli są modyfikowane, łączone, zmieniane i niszczone, jeśli jego sposób myślenia ma mieć wartość. Ponieważ, o tyle, o ile wycofa się spomiędzy swych współtowarzyszy w fizyczną i mentalną izolację, o tyle dojdzie do egotystycznego szaleństwa. Nie może wzrastać, dopóki się nie umniejszy. Nie może pozostać sobą, jeśli nie przestanie być sobą. Tak samo jest w życiu obywatelskim i artystycznym. Obywatel, który naprawdę żyje dla kraju, którego jest członkiem - na przykład człowiek, któremu jego kraj wznosi pomnik - jest zawsze tym, który stracił siebie dla swego narodu, czy zginął w bitwie, czy poświęcił się polityce lub filantropii. A obywatel, który tylko trzymał swoje obywatelstwo dla siebie, który cieszył się wszystkimi przywilejami, jakie mógł otrzymać i nic za nie zapłacił - a już najmniej samego siebie - który, by tak rzec, cały świat zyskał, jednocześnie naprawdę utracił siebie i zostanie zapomniany w rok od swej śmierci. Tak samo z artystą. 123 Człowiek, który sprawił, żeby jego sztuka mu służyła, który wykorzystał ją, powiedzmy, wyłącznie dla pieniędzy, jakie mógł z niej uzyskać, który zamknął ją w obrębie surowych granic, który był jedynie rozważny, uporządkowany i powściągliwy, ten człowiek, w pewnym sensie, ocalił swoje życie. Jednak równocześnie je stracił. Ale człowiek, dla którego sztuka jest pasją, dla którego nic innego nie ma porównywalnej wartości, który

zatopił się w swej sztuce, poświęcił jej swoje dni i noce, poświęcił jej wszelkie siły swego istnienia i wszelką energię swego umysłu i ciała, ten człowiek faktycznie stracił siebie. Jednak żyje w swojej sztuce, a ten drugi nie, ocalił siebie w tym sensie, o jakim ten drugi nie ma pojęcia. I dokładnie w takim stopniu, w jakim udało mu się wyrzec samego siebie, tak dalece osiągnął, jak mówimy, nieśmiertelność. Nie ma zatem żadnej sfery życia, w której ten paradoks nie jest prawdziwy. Wielcy historyczni zakochani w romansie, pionierzy nauki, nieśmiertelni na każdym polu, są dokładnie tymi, którzy na niższych poziomach zrealizowali duchowy aforyzm Jezusa Chrystusa. Zwróćmy się zatem raz jeszcze do Kościoła katolickiego i zobaczmy, w jaki sposób w życiu, które nam oferuje, tak jak w żadnym innym, widoczny jest sposób wypełnienia naszego celu. 124 Bowiem tylko Kościół wymaga w sferze duchowej ostatecznego i całkowitego wyrzeczenia się siebie. Od strony każdej innej wspólnoty chrześcijańskiej dochodzi wołanie: Zbaw swoją duszę, zaznacz swą indywidualność, podążaj za swym sumieniem, kształtuj swoje opinie, podczas gdy Kościół katolicki, i tylko on, wymaga od swych dzieci ofiary ich intelektu, podporządkowania ich sądu, przenikania ich sumień sumieniem Kościoła i posłuszeństwa ich woli jego najmniejszym nakazom. Kościół bowiem, i tylko on, jest świadom posiadania Boskości, której należy się całkowicie podporządkować dla zbawienia ludzkości. Kościół, jako spójne i zintegrowane Mistyczne Ciało Chrystusa wzywa tych, którzy na niego spoglądają, aby stali się nie tylko jego dziećmi, ale i jego członkami. Nie aby słuchali go tak, jak żołnierze słuchają dowódcy albo obywatele rządu, ale tak, jak ręce, oczy i stopy słuchają mózgu. Kiedy to zrozumiem, zrozumiem też, jak to jest, że zatracając się w Kościele, zbawiam siebie, że tracę jedynie to, co przeszkadza mojemu działaniu, nie to, co je pobudza. Kiedy bowiem moja ręka jest najbardziej sobą? Kiedy jest oddzielona od ciała przez paraliż czy amputację? Czy kiedy, w żywotnej jedności z mózgiem, mając wszystkie włókna w pogotowiu i ożywione wszystkie nerwy, jest posłuszna 125 w każdym geście i przy każdym doznaniu otrzymuje życie nieskończenie bardziej rozległe i doskonalsze, niż to, jakim mogłaby się chwilowo cieszyć będąc niezależną? To prawda, że jej zdolność odczuwania bólu jest większa, kiedy jest tak zjednoczona i że przestałaby cierpieć, gdyby dokonano jej oddzielenia. Jednak równocześnie straciłaby wszystko to, dla czego Bóg ją wykonał i - zachowując siebie - byłaby naprawdę stracona. Żyję zatem, jak może powiedzieć doskonały katolik, a czego nie może powiedzieć nikt inny, kiedy przestaję być sobą. I już nie ja, ponieważ straciłem swój indywidualizm. Już nie roszczę sobie prawa do żadnego działania we własnym imieniu, już nie domagam się prawa do kształtowania własnych opinii, podążania za własnym sumieniem, z dala od owego sumienia, które przekazuje mi to, co pochodzi od Boga, ani życia moim własnym życiem. Jednak tracąc mój indywidualizm, zyskałem moją indywidualność, ponieważ znalazłem w końcu moje prawdziwe miejsce. Straciłem cały świat? Tak, na tyle, na ile ten świat jest oddzielony od woli Bożej lub wrogo wobec niej nastawiony, ale zyskałem własną duszę i zdobyłem nieśmiertelność. Ponieważ już nie ja żyję, lecz Żyje we mnie Chrystus113.

113 Ga 2, 20.

127 ROZDZIAŁ IX ŁAGODNOŚĆ I PRZEMOC Błogosławieni cisi - Mt 5,4. Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je - Mt 11,12. Rozważyliśmy już relacje Kościoła wobec takich rzeczy jak bogactwo oraz ludzki wpływ i władza, zobaczyliśmy, jak Kościół czasami je wykorzystuje, a czasami nimi gardzi. Wejdźmy teraz nieco głębiej i spróbujmy zrozumieć ducha, który stoi za tymi różnymi postawami Kościoła i który je tłumaczy. Zarzucano chrześcijaństwu w ogólności, a tym sposobem zasadniczo i przede wszystkim Kościołowi katolickiemu, który przez tak długi czas był jego jedynym uosobieniem i który wciąż jest jego właściwym przedstawicielem, że ma zaszczepione cnoty, które opóźniają postęp. Postęp, zdaniem niemieckiego filozofa, który 128 wyraźnie sformułował ten zarzut, jest wyłącznie naturalny, zarówno w swym działaniu, jak i w swym celu. A natura, jak jesteśmy tego w pełni świadomi, nie wie nic o przebaczeniu, współczuciu, czy czułości; przeciwnie, przesuwa się od form niższych do wyższych za pośrednictwem sił, które są ich dokładnym przeciwieństwem. Rannego jelenia jego towarzysz nie ochroni, ale pobodzie na śmierć. Stary wilk jest rozrywany na strzępy, chory lew odchodzi, aby umrzeć z głodu, a wszystkie te instynkty, jak słyszymy, mają na celu stopniowe ulepszanie rasy poprzez eliminację słabych i nieefektywnych. Tak samo powinno być - mówi nam ów filozof - z człowiekiem, a skrajni eugeniści powtarzają jego nauczanie. Z drugiej strony, chrześcijaństwo świadomie chroni słabych i naucza, że poświęcenie silnych jest najwyższym heroizmem. Chrześcijaństwo wznosi szpitale i schroniska dla chorych, starając się chronić tych, których natura wyeliminowałaby, gdyby miała taką możliwość. Chrześcijaństwo zatem jest wrogiem ludzkiej rasy, a nie jej przyjacielem, ponieważ opóźnia, tak jak żadnej innej religii nigdy nie udało się opóźnić, pojawienie się owego nadczłowieka, którego natura próbuje wykształcić... Nie można się zbytnio dziwić, że nauczyciel takiej doktryny sam zmarł obłąkany114.
114 Autor ma na myśli Fryderyka Nietzschego (1844-1900) - przyp. red.

129 Paralelnej doktryny nauczają dziś głównie osoby, które nazywają siebie praktycznymi i rzeczowymi. Łagodność, delikatność i współczucie - mówią swoim synom - są to cnoty bardzo eleganckie i pełne wdzięku, dla tych, których na nie stać, dla kobiet i dzieci, które są mniej lub bardziej chronione przed życiowymi zmaganiami i dla słabych oraz nieefektywnych ludzi, którzy nie są zdolni do niczego innego. Ale mężczyznom, którzy idą w świecie własną drogą i mają zamiar odnieść tam sukces,

niezbędny jest surowszy kodeks. Od nich wymaga się takiej zasady działania, jaką dyktuje sama natura, a zatem zdecydowania i asertywności, nie łagodności. Pamiętajcie, że słabość waszych sąsiadów to wasza szansa. Zatroszczcie się o to, co najważniejsze, a reszta niech się troszczy sama o siebie. Człowiek nie idzie pracować na giełdzie ani w handlu po to, żeby prezentować cnoty chrześcijańskie, ale przymioty biznesowe. Jednym słowem, chrześcijaństwo, na tyle, na ile wpływa na postęp materialny, handlowy, czy polityczny, jest raczej słabością niż siłą, raczej wrogiem niż przyjacielem. Jeżeli z jednej strony łagodność i brak oporu wpajane przez chrześcijaństwo stanowią materię jednego zarzutu przeciwko Kościołowi, to z drugiej strony jest on tak samo obwiniany o przemoc i nieprzejednanie. Katolicy 130 nie są dostatecznie ustępliwi, słyszymy, aby być prawdziwymi wyznawcami łagodnego proroka z Galilei, nie są wystarczająco delikatni, aby odziedziczyć błogosławieństwo, które wypowiedział. Przeciwnie, nie ma ludzi tak nieustępliwych, tak zawziętych, a nawet tak brutalnych, jak ci rzekomi uczniowie Jezusa Chrystusa. Spójrzcie na przykład, w jaki sposób upierają się i domagają swoich praw, popatrzcie na przeszkody, które podnoszą, na przykład, wobec rozsądnych narodowych projektów edukacji, czy wobec sensownego systemu sądowniczego w sprawach rozwodowych. A przede wszystkim, rozważcie ich przerażającą i brutalną gwałtowność, która objawiła się w takich instytucjach, jak Indeks i ekskomunika, zawziętość, z jaką upierają się przy całkowitym i szczegółowym posłuszeństwie wobec autorytetu, bezwzględność, z jaką usuwają ze swego grona tych, którzy nie wypowiedzą ich haseł rozpoznawczych. Tb prawda, że obecnie mogą poprzeć swoje roszczenia jedynie groźbami i karami w sferze duchowej, ale historia pokazuje nam, że zrobiliby więcej, gdyby byli w stanie. Historia łamania kołem i stosów Inkwizycji pokazuje dość jasno, że Kościół raz użył, a zatem gdyby mógł, prawdopodobnie użyłby ponownie, cielesnej broni w swej duchowej wojnie. Czy cokolwiek może być bardziej niepodobne 131 do łagodnego ducha Tego, który, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył115, Tego, który nakazał ludziom uczyć się od siebie, bo jest cichy i pokorny sercem, aby w ten sposób znaleźli ukojenie dla swych dusz?116 Tutaj zatem tkwi paradoks i tutaj mamy dwie cechy Kościoła katolickiego: że jest jednocześnie zbyt łagodny i zbyt asertywny, zbyt delikatny i zbyt brutalny. To paradoks dokładnie powtórzony przez samego Naszego Pana, który w Wieczerniku nakazał swoim uczniom, którzy nie mieli mieczy, aby sprzedali swoje płaszcze i kupili je117, a który jednak w ogrodzie Getsemani kazał jednemu z uczniów, co wziął jego słowa poważnie, schować miecz do pochwy, mówiąc mu, że wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną118. Jeszcze raz zostało to powtórzone w Jego działaniu - najpierw, kiedy wziął bicz we własną rękę na dziedzińcach świątyni, a potem, kiedy obnażył plecy wobec tego samego bicza w rękach innych. Jak zatem można pogodzić ten paradoks? Kościół, przypomnijmy sobie raz jeszcze, jest zarówno ludzki, jak i Boski.
115 1 P2.23. 116 Mt 11, 28-29. 117 Łk 22, 36-38.

118 Mt 26,52.

132 Składa się z ludzi, a ci ludzie są połączeni zarówno ze sobą nawzajem, jak i ze światem zewnętrznym, poprzez idealnie zrównoważony system ludzkich praw, znany jako prawo sprawiedliwości. Owo prawo sprawiedliwości, chociaż pochodzące faktycznie od Boga, jest w pewnym sensie naturalne i ludzkie. Istnieje do pewnego stopnia we wszystkich społecznościach, będąc też dokładnie określonym i ustalonym w starym prawie na Synaju. Jest to prawo, które ludzie mogliby obmyślić, w każdym razie w jego głównych zasadach, posługując się jedynie światłem rozumu, bez pomocy Objawienia i jest to ponadto prawo tak fundamentalne, że wykluczone, aby jakieś Objawienie mogło kiedykolwiek mu urągać albo je uchylić. Jednak kiedy Chrystus przyszedł na świat, przyszła z Nim nadprzyrodzona miłość. Prawo sprawiedliwości wciąż pozostało. Ludzie nadal mieli swoje prawa, których mogli się domagać, nadal mieli swoje prawa, których uznania nie mógł odmówić żaden chrześcijanin. Takie były jednak potoki Boskiej hojności, które ukazał Chrystus, tak wszechogarniająca była wizja, którą objawił o nadprzyrodzonej miłości Boga wobec ludzi, że zaczął funkcjonować zespół takich ideałów, o jakich świat nigdy nie marzył. Co więcej, miłość przyszła z taką 133 mocą, że jej nakazy rzeczywiście w wielu przypadkach unieważniły nieudolne prawa sprawiedliwości, tak, że odtąd nakazała ludziom, na przykład, przebaczać nie jedynie według sprawiedliwości, ale według własnej Boskiej natury, przebaczać aż siedemdziesiąt siedem razy119, dawać miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą120, a nie absolutne minimum, na jakie zaledwie ludzie zasługiwali. Zatem to właśnie wraz z nadejściem miłości pojawiły się wszystkie owe zasadniczo chrześcijańskie cnoty hojności, łagodności i poświęcenia, które Nietzsche potępił jako wrogów materialnego postępu. Od tamtej chwili bowiem temu, kto chce wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugil121 Prawo naturalnej sprawiedliwości zostało przekroczone, a w to miejsce zapanowało prawo miłości i poświęcenia. Nie stawiajcie oporu złemu122, nie upierajcie się zawsze, by tak rzec, przy waszych naturalnych prawach. Dajcie ludziom więcej niż ich należność, a sami zadowalajcie się mniejszym. Uczcie się ode Mnie,
119 120 121 122 Mt 18, 22. Łk 6, 38. Mt 5, 39-41. Mt 5, 38.

134 bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych123. Przebaczajcie sobie124 nawzajem wasze przewinienia z taką samą hojną miłością, z jaką Bóg przebacza i będzie przebaczał wam wasze. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni125. W sprawach osobistych nie upierajcie się tylko przy sprawiedliwości dla was samych, ale działajcie na taką skalę i według takich zasad, jakie Bóg stosuje do was.

Zatem łagodność jest niewątpliwie cnotą chrześcijańską. Czasami jest obowiązkiem, czasami tylko radą doskonałości, w każdym razie stoi wysoko pośród tych ideałów, których tworzenie jest chwałą chrześcijaństwa. Istnieją jednak w życiu inne elementy poza ludzkimi i naturalnymi, poza tymi osobistymi prawami i żądaniami, które chrześcijanin, jeśli dąży do doskonałości, może odrzucić w imię miłości. Kościół jest Boski, jak też i ludzki. Chrystus powierzył mu bowiem, poza prawami człowieka, które ich posiadacze mogą poświęcić, także prawa i żądania Boga, których nikt inny poza Nim nie może odrzucić. Dał mu na przykład w posiadanie Objawienie prawd i zasad, które, wypływając z Jego własnej natury
123 Mt 11, 28-29. 124 Ef4, 32. 125 Łk 6, 37.

135 albo z Jego woli, są tak niezmienne i wieczne, jak On sam. Właśnie w obronie owych prawd i zasad Kościół okazuje to, co świat nazywa nieprzejednaniem, a Jezus Chrystus gwałtownością. Tutaj na przykład, jest prawo ochrzczonego katolickiego dziecka do wychowywania w swojej religii, czy raczej, prawo samego Boga do nauczania tego dziecka w sposób, jaki On ustanowił. Tutaj mieści się objawiona prawda, że małżeństwo jest nierozerwalne. Tutaj - że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Tb w ogóle nie są ludzkie prawa czy opinie - prawa i opinie, które ludzie, nakłonieni przez miłość lub pokorę, mogą odrzucić albo od nich odstąpić w obliczu sprzeciwu. Spoczywają one na zupełnie innej podstawie. Są, by tak rzec, niezbywalną własnością Boga. I dla Kościoła nie byłoby ani miłością, ani pokorą, ale zwykłą zdradą okazywać łagodność czy elastyczność w kwestiach takich jak te, danych mu tak, jak są, nie aby nimi dysponować, ale by ich strzec w nienaruszonej postaci. Przeciwnie, dokładnie w tym miejscu przychodzi nakaz: Kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz126, ponieważ tutaj przebiega linia pomiędzy Boskim i ludzkim. Niech zniknie cała osobista własność, niech wszystkie całkowicie natural126 Łk 22, 36-38.

136 ne prawa i żądania ustąpią, a ich miejsce niech zajmie miecz. Ponieważ to jest sprawa, w której trzeba opierać się aż do przelewu krwi127. Kościół katolicki jest zatem, i zawsze będzie, gwałtowny i nieprzejednany, kiedy kwestionowane są prawa Boga. Będzie na przykład całkowicie bezwzględny wobec herezji, ponieważ herezja wpływa nie na sprawy osobiste, w których miłość może ustąpić, ale na Boskie prawo, w którym nie ma ustępstwa. Jednak równocześnie Kościół będzie nieskończenie dobry wobec heretyka, ponieważ mogą się pojawić tysiące ludzkich motywów i okoliczności, aby złagodzić jego odpowiedzialność. Na słowo skruchy Kościół przyjmie go na nowo do swego skarbca dusz, ale nie przyjmie jego herezji do swego skarbca mądrości. Kościół skwapliwie i chętnie wykreśli jego imię ze swej czarnej listy buntowników, ale nie jego książkę ze swego Indeksu. Okazuje

łagodność wobec niego i gwałtowność wobec jego błędu, ponieważ on jest człowiekiem, ale prawda Kościoła jest Boska. Zatem to właśnie ze współczesnego pomieszania sposobów myślenia w odniesieniu do rzeczywistości Boskiej i ludzkiej powstaje ta zdumiewająca niemoż127 Hbr 12,4.

137 ność zrozumienia przez świat zasad, według których Kościół katolicki działa odpowiednio w tych dwóch, całkowicie odrębnych dziedzinach. Świat uważa, że kraj, który broni mieczem swej materialnej własności jest rozsądny, ale że Kościół, który potępia, opierając się aż do przelewu krwi, zasady, które uważa za błędne lub fałszywe, jest nietolerancyjny i nierozsądny. Z drugiej strony, Kościół wciąż na nowo nakłania swoje dzieci, aby raczej ustępowały niż walczyły, kiedy zagrożona jest jedynie ich materialna własność, ponieważ miłość pozwala, a czasami nawet nakazuje ludziom zadowolić się czymś mniejszym, niż to wynika z ich praw, a znowu kiedy Boska prawda lub prawo są zagrożone, tutaj Kościół będzie się opierał, niesłabnący i niezniechęcony, ponieważ nie może być „miłosierny" w tym, co nie należy do niego. Tutaj Kościół sprzeda swój płaszcz i kupi ten miecz, który, kiedy spór dotyczył jedynie spraw doczesnych, schował z powrotem do pochwy. Dziś128 kiedy Chrystus wjeżdża do Jerozolimy, widzimy jak w zwierciadle ów paradoks, który staje się prosty. Król twój przychodzi do ciebie łagodny129. Czy ktoś kiedyś widział tak nędzną procesję, jak ta? Czy kiedykolwiek istniała taka łagodność i miłość? Ten,
128 Kazanie to zostało wygłoszone w Niedzielę Palmową - przyp. aut. 129 Mt 21, 5.

138 któremu zgodnie z Jego osobistym prawem w niebiosach towarzyszą wojska na białych koniach130, teraz, w cnocie swego człowieczeństwa, zadowala się kilkoma rybakami i tłumem dzieci. Ten, dla którego, zgodnie z Jego osobistym prawem, harfiarze i aniołowie grają wieczystą muzykę, ponieważ dla nas został uczyniony człowiekiem, zadowala się fałszywie brzmiącymi okrzykami tego tłumu. Ten, który cwałował na cherubie, a skrzydła wiatru go niosły131, siedzi na źrebięciu oślicy. Przybywa, rzeczywiście łagodny, ze złotych ulic niebieskiej Jerozolimy na cuchnące ulice ziemskiej, odsuwając na bok swoje osobiste prawa, ponieważ jest samym ogniem miłości, dla której chrześcijanie rezygnują ze swoich praw. Ale przy tym wszystkim, twój Król przychodzi do ciebie132, jadąc... Nie zrezygnuje ze swego niezbywalnego prawa i nie pominie niczego zasadniczego. Ma swoją królewską eskortę, nawet jeśli obdartą. Będzie miał swoich włóczników, nawet jeśli ich włócznie to jedynie palmy. Będzie miał swych heroldów, aby go ogłaszali, jakkolwiek może to obrażać pobożnych faryzeuszy. Wjedzie do swego królewskiego miasta, nawet jeśli to miasto go wypędzi i zostanie ukoronowany, nawet jeśli tylko cierniem. Tak
130 Ap 19,14. 131 Ps 18,11. 132 Mt 21, 5.

139 samo Kościół katolicki posuwa się naprzód poprzez stulecia. Co się tyczy całkowicie ludzkich praw i kwestii osobistych, wciąż będzie oddawał wszystko co ma, być może wygłaszając nie więcej niż jeden protest, przez wzgląd na sprawiedliwość. I będzie nakłaniał swoje dzieci, aby postępowały tak samo. Jeśli świat nie pozwoli mu mieć klejnotów, wstawi szklane paciorki w swoją monstrancję, zamiast marmuru użyje gipsu, a bezwartościowej błyskotki - zamiast złota. Ale będzie miał swoją procesję i będzie upierał się przy swej królewskości. Może się wydawać tak biedny, tak nędzny i tak żałosny, jak wjazd samego Chrystusa przez bramę królewską. Będzie bowiem oddawał wszystko, czego świat od niego zażąda, tak długo, jak samo jego Boskie prawo pozostanie nienaruszone. Będzie ogłaszać swoje prawa, chociaż niewielu znajdziemy takich, co będą im posłuszni. Będzie wykluczać ze swego grona buntowników, którzy kwestionują jego autorytet i będzie oczyszczać swoje dziedzińce świątynne, nawet biczem, z którego ludzie drwią. Odrzuci wszystko, co jest całkowicie ludzkie, jeśli świat tego zechce i nie będzie stawiał oporu złemu133, jeśli to będzie dotyczyć tylko
133 Mt 5,39.

140 jego. Ale jest jedna rzecz, której Kościół się nie wyrzeknie, jedna rzecz, której będzie żądał, nawet z gwałtownością i „nieprzejednaniem", i jest to królewskość, którą sam Bóg go ukoronował. 141 ROZDZIAŁ X SIEDEM SŁÓW WPROWADZENIE Dla wiernych, wartość nabożeństwa Trzech Godzin Męki Pańskiej jest proporcjonalna do tego, w jakim stopniu rozumieją, że patrzą nie tyle na tragedię sprzed dziewiętnastu stuleci, ile na tragedię ich własnego życia i epoki. Samo rozmyślanie nad śmiercią Chrystusa na Kalwarii nie przyniosłoby im więcej pożytku niż studiowanie szczegółów zabójstwa Cezara u stop posągu Pompejusza. Takie rozważania mogłyby faktycznie być interesujące, ekscytujące, a nawet trochę pouczające czy inspirujące. Ale nie byłyby niczym więcej, a mogłyby się stać jedynie makabryczne i szkodliwe. Jednak śmierć Chrystusa jest wyjątkowa, ponieważ jest uniwersalna. To więcej niż największe okropieństwo ze wszystkich zbrodniczych historii. To wię142 cej nawet niż typ wszystkich aktów przemocy, jakie ludzie kiedykolwiek popełnili przeciw Bogu. Jest to bowiem po prostu odegranie, na historycznej scenie świata, tych powtarzanych wewnętrznych tragedii, jakie odbywają się w każdej duszy, która odrzuca lub obraża Boga. Ponieważ Bóg, którego krzyżujemy wewnętrznie, jest tym samym

Bogiem, który został wtedy ukrzyżowany zewnętrznie. Nie ma takiego zewnętrznego szczegółu w Ewangelii, którego nie można by powtórzyć wewnątrz, w życiu duchowym grzesznika. Proces zanotowany przez Ewangelistów musi być mniej więcej podobny do procesu każdego odstępstwa od Boga. Przede wszystkim początkiem tragedii jest zdrada sumienia. Zdrada dokonana przez te elementy naszej natury, które zostały zamierzone jako jego przyjaciele i obrońcy - na przykład przez uczucie czy przezorność. Potem skrępowane sumienie zostaje odprowadzone na sąd. Bowiem nie może być grzechu śmiertelnego bez zastanowienia, a żaden człowiek nigdy w niego nie popadł, nie przeprowadziwszy wpierw pewnego rodzaju jednego czy dwóch pośpiesznych, pozorowanych procesów, w których fikcyjna roztropność czy fałszywa idea wolności uroczyście decydują, że su143 mienie zawiniło. Jednak nawet wtedy sumienie nie ustępuje, a wtedy sprawiają, że zaczyna się wydawać niedorzeczne i śmieszne, i stawiają je obok Barabasza - ordynarnej i silnej niższej natury, która nie ma wysokich pretensji i chlubi się tym. I tak dramat postępuje, a sumienie zostaje ukrzyżowane. Sumienie milczy, od czasu do czasu przerywając coraz głębsze przygnębienie protestami, które za każdym razem są coraz słabsze, a w końcu sumienie rzeczywiście umiera. I od tego czasu nie może być żadnej nadziei, z wyjątkiem tej pokładanej w cudzie Zmartwychwstania. Zatem ów Krzyż z Kalwarii nie jest tylko typem czy obrazem. Jest faktem identycznym z tak straszliwie nam znajomym faktem z życia duchowego. Ponieważ Chrystus nie jest jednym, a sumienie czymś innym, ale to rzeczywiście Chrystus przemawia w sumieniu, zatem to Chrystus jest krzyżowany w grzechu śmiertelnym. Bądźmy więc szczerzy sami ze sobą. Patrzymy nie tylko na śmierć Chrystusa, ale na naszą własną, ponieważ patrzymy na śmierć Chrystusa, który jest naszym życiem134.
154 Kol 3,4.

144 PIERWSZE SŁOWO Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią - Łk 23, 34. W poprzednich rozważaniach przestudiowaliśmy życie Chrystusa w Jego Mistycznym Ciele z takiego punktu widzenia, z którego dziwne i niezliczone paradoksy, jakich pełno we wszelkich formach życia, przy pewnej głębokości stają się widoczne. I zobaczyliśmy, że owe paradoksy leżą w tych warstwach, gdzie, by tak rzec, spotykają się Boskość i człowieczeństwo. Chrystus jest Bogiem, a Bóg nie może umrzeć. Dlatego Chrystus stał się człowiekiem, aby móc to uczynić. Kościół jest Boski i dlatego przenajświętszy, ale zamieszkuje w ciele grzesznej ludzkości i uważa jej grzeszników za swoje dzieci oraz członków, nie mniej niż jej świętych. Będziemy teraz, z tego samego punktu widzenia, przyglądać się ukrzyżowaniu Jezusa Chrystusa i słowom, jakie wypowiedział z krzyża i w ten sposób będziemy odnajdywać te same charakterystyczne paradoksy i tajemnice we wszystkich, co widzimy. W pierwszym słowie napotykamy paradoks Boskiego przebaczenia.

Zwykłe ludzkie przebaczenie nie jest niczym więcej, jak tylko naturalną cnotą, wynikającą z naturalnego poczucia sprawiedliwości i jeśli człowiek jest normal145 ny, jego przebaczenie będzie naturalną i nieuniknioną częścią procesu pojednania, jeśli tylko zostanie dokonana pewnego rodzaju rekompensata. Na przykład jeden z moich przyjaciół zgrzeszy przeciwko mnie - naruszy, być może, moje dobre imię. Moją naturalną odpowiedzią jest uczucie urazy w stosunku do niego i - być może rzeczywistej zemsty. Jednak moja uraza dotyczy głównie głupoty mego przyjaciela i jego ignorancji w kwestii mego prawdziwego charakteru. „Jestem zły - mówię z absolutną szczerością - nie tyle o to, co o mnie powiedział, ile o ten dowód jego niezdolności do zrozumienia mnie. Sądziłem, że jest moim przyjacielem, że solidaryzuje się z moim charakterem albo przynajmniej, że go rozumie wystarczająco, aby oddać mi sprawiedliwość. Ale teraz, z tego, co właśnie o mnie powiedział, widzę, że tak nie jest. Gdyby to, co powiedział, było prawdą o mnie, większość mej złości by uleciała. Ale widzę, że on mnie nie zna, mimo wszystko". A potem, niebawem, mój przyjaciel pojmuje, że wyrządził mi krzywdę, że plotka, którą powtórzył albo interpretacja, jaką przypisał moim działaniom, nie była słuszna ani prawdziwa. I natychmiast, kiedy się o tym dowiaduję, od niego, albo od kogoś innego, jeśli w ogóle posiadam jakąkolwiek naturalną cnotę, moja uraza ulatuje. Ulatuje, ponieważ 146 moja zraniona duma została uleczona. Przebaczam mu łatwo i naturalnie, ponieważ on teraz wie, co zrobił. Jak całkowicie różne od tego łatwego, samolubnego, ludzkiego przebaczenia jest Boskie przebaczenie Chrystusa! Jest prawdą, że w sumieniu Piłata, niesprawiedliwego reprezentanta sprawiedliwości i w tym, co się nazywało sumieniem w Herodzie, i w sercach kapłanów, którzy otwarcie oskarżyli swego Boga, i żołnierzy, którzy dokonali egzekucji swego władcy, i Judasza, który zdradził swego przyjaciela, w nich wszystkich z pewnością był jakiś niepokój - taki niepokój został rzeczywiście odnotowany w przypadku pierwszego i ostatniego na tej liście - pewien nikły cień zrozumienia i świadomości tego, co zrobili i co robili. Z tego względu normalnemu człowiekowi byłoby stosunkowo łatwo przebaczyć takie krzywdy. „Przebaczam im - mógłby powiedzieć taki człowiek ze swego krzyża - ponieważ pozostał jakiś przebłysk świadomości, pozostała jakaś jedna iskra w ich sercach, która wciąż oddaje mi sprawiedliwość i dlatego mogę spróbować przynajmniej odłożyć na bok moją urazę i prosić Boga o przebaczenie dla nich". Ale Jezus Chrystus woła: „Przebaczam im, ponieważ oni nie wiedzą, co czynią! Przebaczam im, ponieważ tak 147 straszliwie tego potrzebują, ponieważ nawet nie wiedzą, że tego potrzebują! Przebaczam w nich to, co jest niewybaczalne!". Na koniec pojawiają się dwie oczywiste kwestie.

Po pierwsze, to właśnie Boskiego przebaczenia potrzebujemy, ponieważ żaden z nas, grzeszników nie zna całego zła grzechu. Jakiś człowiek jest niewolnikiem, dajmy na to, grzechu cielesnego i próbuje się uspokoić myślą, że nie krzywdzi nikogo innego oprócz siebie samego. Nieświadomy jest obrazy Ducha Świętego, którego świątynię niszczy. Albo kobieta powtarza każdą oszczerczą plotkę, którą usłyszy i pociesza się w chwilach wyrzutów sumienia myślą, że „nie chce zrobić nikomu krzywdy". Nie uświadamia sobie, że jest przyczyną zniechęcenia dusz oraz zasiania ziaren nieufności i wrogości między przyjaciółmi. Faktycznie niewiarygodne jest, że żaden grzesznik nigdy nie wie, co czyni poprzez grzech. Dlatego potrzebujemy Boskiego przebaczenia, a nie ludzkiego, przebaczenia, które przychodzi z góry, kiedy jesteśmy nieświadomi, że musimy je uzyskać, albo umrzeć. Potrzebujemy miłości Ojca, który, kiedy jesteśmy jeszcze daleko, wybiega naprzeciw nas135 i który po raz
135 Łk 15,20

.

148 pierwszy, ciepłem swego powitania, uświadamia nam, w jaką lodowatą dal zawędrowaliśmy. Gdybyśmy wiedzieli, każdy mógłby nam przebaczyć. Właśnie dlatego, że nie wiemy, tylko Bóg, który wie wszystko, może przebaczyć nam skutecznie. I to jest owo Boskie przebaczenie, które my sami musimy rozszerzać na tych, którzy grzeszą przeciwko nam, ponieważ jedynie ci, którzy w ten sposób przebaczają, mogą otrzymać przebaczenie. Nie wolno nam czekać, aż świadomy wstyd naszego nieprzyjaciela uleczy zranioną dumę, aż dług zostanie spłacony poprzez przyznanie się do winy i znów będziemy zadowoleni, wiedząc, że w końcu oddano nam sprawiedliwość. Przeciwnie, jedynym przebaczeniem, które jest nadprzyrodzone i dlatego - chwalebne, jest to, które wyciąga rękę do ludzi nieświadomych, a nie do tych, którzy wiedzą, czego potrzebują. DRUGIE SŁOWO Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju - Łk 23, 43. W drugim słowie Nasz Pan bezpośrednio stosuje swe pierwsze słowo i poprzez ilustrację ukazuje nam 149 jego znaczenie. Pokazuje nam, jak deszcz miłosierdzia, który wylał się z nieba w odpowiedzi na dopiero co odmówioną modlitwę, oświeca człowieka, który, obecny na Kalwarii bardziej niż wszyscy inni, był najbardziej nieświadomy ze wszystkich, człowieka, który w samym sercu tragedii rozumiał ją prawdopodobnie mniej, niż najmniejsze dziecko na obrzeżach tłumu. Jego życie było jednym, długim pasmem nieposłuszeństwa prawom, zarówno Boga, jak i człowieka. Był członkiem jednej z tych grup hołoty ludzkiej, które pełzały wokół Jerozolimy, napadając samotne domy, atakując pojedynczych podróżnych, winne zarazem najbardziej krwawych i najpodlejszych grzechów, porównywalne jedynie ze współczesnymi francuskimi apaches. Cóż, w końcu został schwytany przez rzymską

machinę państwową, złapany podczas jakiegoś brudnego przedsięwzięcia i tutaj, dotknięty, wściekły, pełen wzgardy, brawury i przerażenia, warczał jak zwierzę na każdą ludzką twarz, którą widział, warczał i splunął w tę Boską Twarz, która spojrzała na niego z takiego samego krzyża, jak jego własny, a ponieważ nie miał nawet iskry tego honoru, który podobno istnieje „między złodziejami", szydził z głupoty „przestępstwa" swego „współtowarzysza przestępcy". 150 Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas136. Znowu zatem paradoks jest dostatecznie wyraźny. Z pewnością wykształcony kapłan, albo nieśmiały uczeń, albo sumienny żołnierz o dobrym sercu, który nienawidził tej pracy, jaką wykonywał, z pewnością jeden z tych będzie pierwszym obiektem przebaczenia Chrystusa. I gdyby ktoś z nas tam wisiał, z pewnością któryś z nich byłby pierwszy. Ale kiedy Bóg przebacza, przebacza najpierw najbardziej nieświadomym - to jest, najbardziej oddalonym od przebaczenia i czyni pierwszym owocem Odkupienia nie Piotra, czy Kajfasza, czy Centuriona, ale złodzieja Dyzmę. Pierwszym skutkiem Boskiego miłosierdzia jest oświecenie. Zanim zawołają, Ja im odpowiem137. Zanim złodziej odczuje pierwsze ukłucie smutku, łaska działa na niego i po raz pierwszy w swym ponurym życiu zaczyna rozumieć. Niezwykła iluminacja rozbłyska w jego duszy. Bowiem żaden doświadczony pokutnik po latach ćwiczeń duchowych, żaden smutny święty nie mógłby się modlić w sposób bardziej doskonały, niż ten wyrzutek. Jego rozum być może pojął niewiele albo nic z wiel-136 Łk 23,39. 137 Iz
65,24.

151 kich mocy, które na niego i w nim działały. Wiedział, być może, wprost niewiele lub nic o tym, kim jest Ten wiszący obok niego. Jednak intuicja duszy przebija się aż do samego serca tajemnicy i wyraża się w modlitwie, która łączy w jedno doskonałą miłość, wyjątkową pokorę, całkowitą ufność, niezachwianą nadzieję, przenikliwą wiarę i niewysłowioną cierpliwość. Jego dusza cała rozkwita w jednej chwili: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa138. Dostrzega chwałę skrytą za hańbą, wieczny tron - za Krzyżem i przyszłość - za teraźniejszością. A prosi jedynie o to, aby o nim wspomnieć, kiedy chwała przemieni hańbę, a Krzyż przekształci się w tron. Rozumie bowiem, co owo wspomnienie będzie oznaczać: „Wspomnij, Panie, że cierpiałem u Twego boku". Tak doskonałe są zatem skłonności ukształtowane w nim przez łaskę, że jednym susem ostatni staje się pierwszym139. Nawet Maryja i Jan nie otrzymają natychmiastowej nagrody, która będzie jego udziałem. Dla nich są inne dary, a najpierw - rozdzielenie i tułaczka. Na ten moment zatem ów człowiek przechodzi na naj138 Łk 23,42. 139 Mk 10,31.

152

ważniejsze miejsce i ci, którzy wisieli ramię w ramię na Kalwarii, pójdą ramię w ramię na spotkanie owych dusz oczekujących za woalem, które wybiegną z gorliwością, aby ich powitać. Dziś ze Mną będziesz w raju. Ów paradoks, ostatni będą pierwszymi, to stara doktryna Chrystusa, tak zdumiewająca i oszałamiająca, że był zmuszony wciąż ją powtarzać. Nauczał jej w co najmniej czterech przypowieściach: w przypowieści o zgubionej drachmie, o zabłąkanej owcy, o synu marnotrawnym i o winnicy. Dziewięć monet leży porzuconych na stole, dziewięćdziesiąt dziewięć owiec zagnano do owczarni, starszy syn został, jak sądzi, pominięty i znieważony, a robotnicy skarżą się na faworyzowanie. Jednak wciąż, nawet przy całym tym nauczaniu, dobiega od strony chrześcijan skarga, że Bóg jest zbyt kochający, aby był dostatecznie sprawiedliwy. Może neofitka w średnim wieku wchodzi do Kościoła i w ciągu kilku miesięcy otrzymuje łaski św. Teresy, stając się jedną z jej córek. Beztroski łajdak zostaje skazany na śmierć za morderstwo i trzy tygodnie później umiera na szafocie śmiercią świętego, w pierwszym szeregu. Te skargi wydają się dość naturalne. Zrównałeś ich Z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty140.
140 Mt 20, 12.

153 Jednak spójrzcie raz jeszcze, wy „starsi synowie". Czy w waszym religijnym, oszczędnym, skromnym życiu kiedykolwiek istniało coś podobnego do tej głębi upodlenia samego siebie, jaką osiągnął młodszy syn? Z pewnością byliście cnotliwi i moralni. Poza wszystkim, byłby to wstyd, gdybyście tacy nie byli, biorąc pod uwagę bogactwo łaski, jakim się zawsze cieszyliście. Ale czy kiedykolwiek dążyliście poważnie do osiągnięcia chociażby jednego moralnego przymiotu, który Chrystus wskazuje w swym charakterze jako wzór do naśladowania: Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem!141 Z pewnością jest znaczące, że nie mówi wyraźnie: Uczcie się ode Mnie, jak być czystym, albo odważnym, albo żarliwym, ale: Uczcie się być pokorni, ponieważ przede wszystkim w tym znajdziecie ukojenie dla waszych dusz142- Zamiast tego, czy nie odczuwacie swego rodzaju łagodnej dumy z waszej religii, waszej cnoty, czy waszej drobiazgowości? Jednym słowem, nie byliście tak doskonałym starszym synem, jak wasz brat był młodszym. Nie odpowiadaliście na wasze łaski tak, jak on odpowiadał na swoje. Nigdy jeszcze nie byliście zdolni do okazania wystarczającej skromności, aby
141 Mt 11,28-29. 142 Mt 11,29.

154 wejść do domu (co jest o wiele trudniejsze, niż w nim pozostawać), ani wystarczającej pokory, aby zacząć pracować z całym zaangażowaniem zaledwie na godzinę przed zachodem słońca. Zacznijcie zatem od początku, nie w połowie drogi. Idźcie do drzwi kościoła i bijcie się w piersi, i nie mówcie: Boże, nagrodź mnie, bo tyle dla Ciebie zrobiłem, ale: Z miłuj się nade mną, Boże143, bo zrobiłem tak niewiele. Opuśćcie swoje miejsce pomiędzy faryzeuszami i zejdźcie w dół na kolanach, i płaczcie u łoża Chrystusa, a być może powie w końcu do was: Przyjacielu, przesiądź się uyzej144-

TRZECIE SŁOWO Niewiasto, oto syn Twój. Oto Matka twoja - J 19, 26-27. Nasz Pan odwraca się teraz od duszy, która jednym susem przeskoczyła do przedniego szeregu, ku tym dwóm duszom, które nigdy go nie opuściły, a zwłaszcza do tej Matki, której duszy grzech nigdy nie owionął, na której piersi Wcielony Bóg spoczywał tak nietykalny i bezpieczny, jak na łonie Odwiecznego Ojca, tej Matki, która była Jego niebem na ziemi. Obok Niej stoi ta jedyna istota
143 Ps 51,3. 144 Łk 14,10.

155 ludzka, która jest najmniej niegodna, aby tam się znajdować, teraz, kiedy Józef odszedł po swoją nagrodę, a Jan Chrzciciel dołączył do proroków - uczeń, którego Jezus miłował145, który spoczywał na piersi Jezusa, tak jak Jezus spoczywał na piersi Maryi. Nasz Pan właśnie pokazał, jak postępuje ze swymi drogimi grzesznikami. Teraz pokazuje, jak będzie uwielbiony w świętych swoich146. Paradoks tego słowa stanowi fakt, że śmierć, separator tych, którzy są oddzieleni od Boga, jest spoiwem jedności między tymi, którzy są z Nim zjednoczeni. Śmierć jest jedynym nieubłaganym wrogiem społeczności ludzkiej, jako ustanowiona z pominięciem Boga. Król umiera i jego królestwo znajduje się od razu w niebezpieczeństwie zamętu. Dziecko umiera i jego matka modli się, aby mogła urodzić kolejne, aby jego ojciec i ona nie odsunęli się od siebie. Zatem śmierć jest największym siewcą niezgody i braku jedności w naturalnym porządku, ponieważ jest największym wrogiem naturalnego życia. W południe jest postrachem bogatego głupca z przypowieści147, a w nocy koszmarem bied-145 J 13,23.
146 2 Tes 1, 10. 147 Por. Łk 12, 16-21.

156 nego głupca, ponieważ ci, którzy pokładają nadzieję w tym życiu, widzą, że śmierć jest końcem ich nadziei. Dla nich po drugiej stronie grobu nie ma odwołania. W rzeczywistości porządku nadprzyrodzonego jest dokładnie odwrotnie, ponieważ brama śmierci, widziana od strony nadprzyrodzonej, jest wejściem, a nie zakończeniem, początkiem, nie zamknięciem. Taki spokój można zobaczyć w zjednoczonej rodzinie ludzkiej na tym świecie, której członkowie żyją życiem nadprzyrodzonym. Bowiem tam, gdzie taka rodzina żyje w miłości Boga, śmierć, kiedy przychodzi, nie tylko zbliża do siebie tych, którzy pozostają, ale nawet tych, których wydaje się rozdzielać. Śmierć nie przynosi konsternacji, strachu i niezgody, ale wzbudza nadzieję i czułość, usuwa dawne trudności, wyjaśnia stare nieporozumienia. Nasz Pan już nad grobem Łazarza dał do zrozumienia, że tak się stanie, kiedy tylko uświęci śmierć poprzez swoje umieranie. Kto

we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie148. Ten, kto razem z Chrystusem umarł149 i kto swoje miejsce widzi odtąd w nadprzyrodzonym, po prostu nie postrzega już śmierci tak, jak postrzega ją natura. Śmierć
148 J 11,25-26. 149 Kol 2, 20.

157 nie służy już podziałowi, ale jedności, już nie jest zagrożeniem, ani nie stanowi końca życia, zainteresowań czy własności, ale uwalania je od ryzyka i śmiertelności. Tutaj zatem Jezus działa świadomie i wyraźnie w oparciu o tę prawdę. Kiedyś wskrzesił Łazarza i córkę Jaira, i syna wdowy, ponieważ wtedy nie można było usunąć żądła śmierci w żaden inny sposób. Teraz jednak, kiedy On sam za wszystkich zaznaje śmierci150, dokonuje nawet bardziej nadprzyrodzonego czynu i pokonuje śmierć poprzez poddanie się jej, a nie rozkazywanie. Życie już zjednoczyło - na tyle, na ile śmiertelne życie może zjednoczyć - te dwie dusze, które Go kochały, a do tego jeszcze jedną. Owe dwie dusze, ponieważ znały Go tak doskonale, znały również siebie nawzajem tak doskonale, jak tylko wiedza i współczucie mogą zjednoczyć dusze w tym życiu. Ale teraz całość ma być podniesiona o stopień wyżej. Dusze te już zostały zjednoczone na żyjącej piersi Jezusa. Teraz, nad Jego martwym ciałem, miały się stać jeszcze bardziej jednością. To cudowne, że po tak długim czasie nasza wyobraźnia może wciąż tak cierpieć i być tak udręczona przez myśl o śmierci, że wciąż jesteśmy tak niepojętni151, że uwa150 Hbr 2,9. 151 Mt 15,16.

158 żamy za niezdrowe, aby kochać się w śmierci, bowiem daleko bardziej niezdrowo jest bać się jej. Nie jest tak, że winny jest nasz rozum czy nasza wiara. To jedynie nasza najbardziej aktywna i nieposkromiona zdolność, którą nazywamy wyobraźnią, jeszcze nie zasymilowała prawdy, przyjętej zarówno przez naszą wiarę, jak i przez rozum, że dla tych, którzy są w przyjaźni z Bogiem, śmierć w ogóle nie jest tym, czym jest dla innych. Nie kończy, jak to zostało powiedziane, naszego życia czy naszych zainteresowań. Przeciwnie, uwalnia je i realizuje. A wszystko to czyni, ponieważ Jezus Chrystus sam pogrążył się w sercu śmierci i ugasił jej ognie. Od tego czasu, jeśli czynimy Jego wolę, jesteśmy w niej jedną rodziną Jego bratem, siostrą i matką152. A Maryja jest naszą Matką, nie z natury, która jest przypadkowa, ale poprzez to, co nadprzyrodzone, które jest zasadnicze. Maryja jest moją Matką, a Jan jest moim bratem, ponieważ, jeśli umarłem z Chrystusem, już nie ja żyję, lecz Żyje we mnie Chrystus153. Jednym słowem, jest to obcowanie świętych, które On rozpoczął poprzez te słowa i przypieczętował swoją śmiercią.
152 Mk 3, 35. 153 Ga 2, 20.

159

CZWARTE SŁOWO Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? - Mt 27,46. Nasz Pan w objawieniu, jakiego dokonuje z Krzyża, przechodzi stopniowo do wewnątrz, do samego siebie, do Tego, który jest centrum tego objawienia. Zaczyna w najbardziej zewnętrznym ze wszystkich kręgów, z nieświadomymi grzesznikami. Następnie zajmuje się jednym grzesznikiem, który przestał być nieświadomy, a potem tymi, którzy zawsze byli najbliżej Niego, a teraz wreszcie odsłania najgłębszą tajemnicę ze wszystkich. Oto pod każdym względem główne słowo z siedmiu. Nie trzeba zwracać szczególnej uwagi na paradoks, jaki ono wyraża. Po pierwsze, przypomnijmy sobie objawiony dogmat, że Jezus Chrystus jest Odwiecznym Synem Ojca, że mieszkał zawsze w łonie tego Ojca, że kiedy opuścił niebiosa, nie opuścił Ojca, że w Betlejem, i w Nazarecie, i w Galilei, i w Jerozolimie, i w Getsemani, i na Kalwarii był zawsze Słowem, które było u Boga i Słowem, które było Bogiem154. Następnie, że oczy Jego świętego człowieczeństwa spoglądały zawsze i nieustannie w oblicze
154 J1,1.

160 Boga, ponieważ Jego jedność z Bogiem była całkowita i kompletna. Kiedy spoglądał ze żłóbka na twarz swej Matki, widział poza Nią oblicze swego Ojca. Kiedy wołał w Getsemani: Jeśli to możliwe155, nawet w swym świętym człowieczeństwie wiedział, że to niemożliwe. Kiedy jęczał na Kalwarii, że Bóg Go opuścił, spoglądał jednak nieprzerwanie w chwałę niebios i widział tam swego Ojca. Jednak obok tych prawd, jest także prawdą, że Jego wołanie porzucenia było nieskończenie bardziej realne, niż kiedy po raz pierwszy zostało wypowiedziane przez Dawida albo, od tamtego czasu, przez jakiegokolwiek opuszczonego grzesznika w najgęstszej duchowej ciemności. Wszystkie nieszczęścia świętych i grzesznych dusz, zebrane razem, nie mogłyby nawet zbliżyć się do nieznośnego cierpienia Chrystusa. Bowiem On sam odrzucił całkowicie pociechę Obecności, której nigdy nie utracił i sam zdecydował, że zostanie przebity i napojony, i będzie dręczony przez smutek, na który nie zasługiwał. Opierał się dotknięciu pocieszenia ze wszystkich sił swego Boskiego i ludzkiego bytu, jednocześnie otwierając je gwałtownie na ataki wszelkiego bólu. A jeśli psychologia tego stanu jest całkowicie poza naszą zdol155 Mt 26,39.

161 nością zrozumienia, możemy przypomnieć sobie, że jest to psychologia Słowa, które stało się Ciałem156, które staje z nami twarzą w twarz... Czy możemy się spodziewać, że to zrozumiemy? Istnieje jednak ludzkie wyrażenie, samo będące paradoksem, jednak korespondujące z czymś, co uważamy za prawdę, które rzuca nieco słabego światła na tę nie-

przeniknioną ciemność i wydaje się poszerzać doświadczenie Chrystusa na Krzyżu tak, aby dotknęło naszego ludzkiego życia. Tb wyrażenie, które opisuje stan dobrze znany osobom duchowym: Opuścić Boga dla Boga157. Najprostsza i najniższa forma tego stanu to taka, w której ulegamy naszej woli w kwestii wycofania się ze zwykłego duchowego pocieszenia. Z pewnością jest to stan niewytłumaczalny, ponieważ zarówno zwykłe pomoce naszej woli - nasze zrozumienie i nasze uczucie - są, z samej natury sprawy, bezużyteczne. Jednak ulegamy, albo przynajmniej dostrzegamy, że powinniśmy to zrobić i że robiąc to - przerywając Obecność Boga i nie korzystając z niej dłużej - odnajdujemy ją, jak nigdy przedtem. Opuszczamy Boga, aby Go odnaleźć.
156 J1,14. 157 Stwierdzenie św. Wincentego a Paulo.

162 Drugi stan, to ten w którym nie tylko stwierdzamy, że wszelkie pocieszenia nas opuszczają, ale odchodzi także poczucie rozumnej wiary, kiedy wydają się znikać same powody wierności. Jest to o wiele bardziej gorzka próba, a dusze, jedna po drugiej, nie przechodzą jej i muszą znów doznawać pociechy od Boga w mniej znakomity sposób, albo całkowicie zginąć. A jednak nie jest to najwyższy szczyt ludzkiego opuszczenia. Istnieje bowiem trzeci stan, o którym święci opowiadają nam urywanymi słowami i obrazami... Nasz ostateczny wniosek, który możemy zastosować do nas samych, jest taki, że w tej czy innej formie opuszczenie jest tak samo etapem postępu duchowego, jak jesień i zima są porami roku. Początkujący muszą przecierpieć jeden poziom, oświeceni kolejny, a ci, którzy dostąpili rzeczywistego zjednoczenia z Bogiem - trzeci. Ale wszyscy muszą przez to przejść, każdy na własnym poziomie, bo inaczej postęp jest niemożliwy. Miejmy zatem odwagę, aby się z tym zmierzyć w świetle tego słowa. Jeśli bowiem możemy uświęcić ból cielesny przez pamięć gwoździ, tak samo możemy uświęcić ból duchowy przez pamięć tej ciemności. Jeśli Ten, który nigdy nie opuścił Ojca, może tego doświadczać w wy163 jątkowym i najwyższym sensie, o ileż bardziej powinniśmy być zadowoleni, doświadczając tego na niższych poziomach, my, którzy tak nieustannie, od momentu, kiedy weszliśmy w wiek rozumny, odchodzimy nie tylko od Niego, ale nawet i z Jego domu. PIĄTE SŁOWO Pragnę - J 19,28. Nasz Pan nadal objawia swój stan, ponieważ, poza wszystkim innym, jest kluczem dla całego człowieczeństwa. Jeśli zrozumiemy cokolwiek z Niego, jednocześnie będziemy daleko lepiej rozumieć siebie samych. Pokazał nam, że może naprawdę być pozbawiony duchowej pociechy, i wskazał wartość tego niedostatku. Teraz pokazuje nam także wartość braku cielesnego. A

paradoksem do naszych rozważań jest to, że źródło wszystkiego może wszystko utracić, że stwórca potrzebuje swego stworzenia, że Temu, który oferuje nam wodę urytryskującą ku życiu wiecznemu158, może braknąć wody ludzkiego życia - najprostszego składnika ze wszystkich. W swym Boskim opuszczeniu jest On jednak nadal ludzki.
158 J 4,14.

164 Bardzo często przy tym słowie rozważa się Chrystusowe pragnienie dusz. I jest to oczywiście uzasadniona myśl, ponieważ to prawda, że całe Jego jestestwo, a nie tylko jego jedna część, tęskniło i łaknęło na Krzyżu każdego przedmiotu swego pragnienia. Z pewnością pragnął dusz! Kiedyż ich nie pragnie? Jeśli jednak wszystko uduchowimy, łatwo jest stracić prawdziwe proporcje i przejść obok Jego cielesnego bólu jako niewartego rozważania. Tb pragnienie Ukrzyżowanego jest bowiem końcową sumą wszystkich cierpień ukrzyżowania: fizyczne męczarnie, gorączka przez nie wywołana, obfity pot, palące słońce - wszystko to osiągnęło kulminację w udręce, którą wyraża w tym wołaniu. Zatem ból cielesny, jako że Jezus nie tylko zechciał go znosić, ale także mówić o nim, jest tak samo częścią Boskiego procesu, jak najbardziej duchowe opuszczenie. Jest głęboką i niezbędną rzeczywistością w życiu. Obecnie panuje moda, aby udawać, że jesteśmy ponad takie rzeczy, jakby były albo zbyt ordynarne dla naszej wysokiej natury, albo nawet rzeczywiście same w sobie złe. Prawda jest taka, że boimy się ich realności i piekącego bólu, próbujemy więc wszelkimi siłami tego uniknąć. Udajemy, że uśmiechamy się na myśl o dawnych pokutach świętych i ascetów, jakbyśmy sami wznieśli się 165 na wyższy poziom rozwoju i już nie potrzebowali takich elementarnych środków pomocy dla naszej pobożności! Niech zatem to Słowo przyprowadzi nas na powrót do naszych zmysłów i do właściwych proporcji prawdy. Jesteśmy tak samo ciałem, jak i duszą. Bez ciała jesteśmy niekompletni. Dusza nie wystarcza sama sobie, ciało ma tak samo rzeczywistą rolę do odegrania w Odkupieniu, jak dusza, która jest jego serdeczną przyjaciółką i powinna być jego panią. Poszukujemy odkupienia naszego ciała159 i Zmartwychwstania ciała160, zasługujemy lub nie zasługujemy przed Bogiem w naszej duszy na czyny naszego ciała. Tak samo było z Naszym Panem nieskończenie współczującym. Słowo, które stało się ciałem161, zamieszkało w ciele, ciało zostało przez nie wzięte do nieba. Dalej, Nasz Pan cierpiał w ciele i zechciał nam to powiedzieć, jak również to, że owo cierpienie było dla Niego nie do zniesienia. W znanej książce katolicki poeta162 opisuje z wielką siłą rozwój ludzkich systemów nerwowych w kolejnych
159 160 161 162 Rz 8, 23. Apostolskie wyznanie wiary. J 1, 14. Francis Thompson, Health and Holiness - przyp. aut.

166 wiekach i ostrzega swych czytelników przed skrupulancką obawą, że ci, którzy już nie biczują się cierniami, zaniedbują środki uświęcenia. Wskazuje, z absolutną słusznością, że obecnie ludzie cierpią w bardziej subtelny sposób niż w średniowieczu, niemniej jednak - fizycznie i stawia nas na straży samych siebie, byśmy się zbytnio nie nękali. Jednak musimy też uważać, aby nie popaść w przeciwną skrajność i nie zacząć postrzegać cielesnego cierpienia (jak to już powiedziano), jakby było zbyt elementarne dla naszej wyrafinowanej natury i jakby nie było dla niego miejsca w procesie oczyszczania naszego ducha. Tb byłoby równie niebezpieczne i fałszywe. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela!163 Jeśli bowiem traktujemy ciało i duszę jako źle dobranych towarzyszy i staramy się je oddzielić, natychmiast otwierają się gwałtownie drzwi, z jednej strony - dla dawnych gnostyckich okropności sensualizmu, a z drugiej dla nieludzkiego okaleczenia czy zaniedbania. Kościół z kolei bardzo wyraźnie i uporczywie twierdzi, że ciało i dusza tworzą jednego człowieka, tak samo, jak Bóg i człowiek tworzą jednego Chrystusa. Kościół unaocznia dziwne korelacje i wzajemne wpływy tych dwóch stron i kieruje się nimi, nalegając stale na takie rzeczy
163 Mt 19, 6.

167 jak post i abstynencja. A święci wypowiadają się równie wyraźnie i uporczywie. Jeszcze nigdy Kościół nie wyniósł na ołtarze żadnej duszy, w której życiu nie odegrała znaczącej roli jakaś forma cielesnej surowości. To prawda, że niektórzy święci ostrzegali nas przed przesadą, ale cóż za ostrzeżenia i jaka przesada! „Bądźcie umiarkowani", radzi św. Ignacy, najbardziej rozsądny i umiarkowany ze wszystkich świętych. „Uważajcie, abyście nie połamali żadnej kości swym żelaznym biczem. Bóg tego nie pragnie!" Zatem ból zajmuje faktyczne miejsce w naszym postępie. Któż z tych, co cierpieli, może kiedykolwiek znów w to zwątpić? Rozważmy zatem w tym słowie Chrystusa, czy nasza postawa wobec cielesnego bólu jest taka, jakiej pragnie Bóg. Są dwa błędy, które możemy popełnić. Możemy albo bać się zbyt mało - podchodzić do niego, powiedzmy, z pogańskim stoicyzmem, zamiast z postawą chrześcijańską, albo możemy bać się za bardzo. Z jednej strony: Nie lekceważ karcenia Pana164, a z drugiej: Nie upadaj na duchu165. Z pewnością to drugie ostrzeżenie jest dziś najbardziej potrzebne. Ból miał bowiem rzeczywiste miejsce w Chrystusowym programie życia. Chrystus
164 Hbr 12, 5. 165 Hbr 12, 5.

168 pościł przez czterdzieści dni na początku swojej posługi i pragnął każdego szokującego szczegółu Pretorium i Kalwarii na jej końcu. Powiedział nam, że Jego Duch był ochoczy166 i, z jeszcze większą łaskawością, że Jego Ciało było słabe167. Objawił zatem, że naprawdę cierpiał i że pragnął, aby tak było... Pragnę168.

SZÓSTE SŁOWO Wykonało się - J 19,30. Ukończył On to, co należało do Jego Ojca169, uporał się z grzesznikami i świętymi, i ostatecznie ujawnił nam tajemnice swojej duszy i ciała, które są nadzieją zarówno dla grzeszników, jak i dla świętych. Nic już więcej nie ma do zrobienia. Zatem zupełnie nowy początek jest blisko, teraz, kiedy nadchodzi ostatni szabat ostatni szabat, o tyle większy niż pierwszy, że Odkupienie jest większe niż Stworzenie. Stworzenie jest bowiem tylko wprowadzeniem do Księgi życia. Jest ułożeniem materiałów, w których człowiek, będący ich koroną i panem, ma
166 167 168 169 Mt 26,41. Mk 14,38. J19, 28. Łk 2,49.

169 natychmiast wprowadzić na nowo zamieszanie. Stary Testament jest jedną mieszaniną ludzkich błędów i ułomności oraz złamanych obietnic i pogwałconych traktatów, osiągając swój punkt kulminacyjny w zasadniczym błędzie wobec Kalwarii, kiedy ludzie rzeczywiście nie wiedzieli, co czynią. I nawet sam Bóg w Nowym Testamencie, tak jak człowiek w Starym, zstąpił w to nieszczęście, i wisi tutaj okaleczony i złamany. Teraz ma się zacząć prawdziwe życie. Jednak dość osobliwie, On nazywa to raczej końcem, niż początkiem. Consummatum est! Jedyną rzeczą w życiu ludzkim, którą Bóg pragnie zakończyć, jest grzech. Nie ma takiej czystej radości, ani czystej ludzkiej relacji, ani bezinteresownej ambicji, ani Boskiej nadziei, co do której On nie pragnie, aby trwała i aby została ukoronowana i przeobrażona ponad wszelką ambicję i wszelką nadzieję. Przeciwnie, pragnie tylko zakończyć tę jedną rzecz, która niszczy relacje, psuje radość i zatruwa ambicje. Aż do dnia dzisiejszego nie ma bowiem ani jednej strony historii, która nie nosi na sobie tej plamy. Bóg musiał znosić, z braku czegoś lepszego, takie nędzne okazy ludzkości! Jakubie, którego pokochałem!... 170 Dawidzie, człowieku według mego serca!170 Pierwszy - ubogi, skąpy, wyrachowany człowiek, który jednak miał ów pojedynczy przebłysk nadprzyrodzonego, jakiego Ezaw, przy całej swej genialnej sile, był pozbawiony. Drugi - cudzołożny morderca, który jednak miał dość łaski, aby okazać prawdziwą skruchę. Do tej pory wystarczało mu tak niewiele. Z braku wina akceptował ocet winny. Następnie, Bóg musiał znosić, a faktycznie sankcjonować, swój własny niegodny kult - całą tę krew świątyni i rozrzucone wnętrzności oraz nieokreślone obrzydlistwa. A jednak tylko na taki poziom ludzie mogli się wznieść. Bez tego bowiem nigdy nie poznaliby jeszcze bardziej nieokreślonego obrzydlistwa grzechu.

Wreszcie, musiał On zadowolić się tylko jednym ludem jako swymi wyznawcami, zamiast wszystkich ludów, narodów i języków171. I jakimże to ludem - tymi, których nawet Mojżesz nie mógł znieść za ich zdradę i chwiejność! A cały ten żałosny zapis kończy się zbrodnią Kalwarii, przy której sama ziemia się buntuje, a słońce ciemnieje ze wstydu. Czy to dziwne, że Chrystus zawołał: Dzięki Bogu, że wreszcie wszystko zostało wykonane!
1701 Sm 13,14. 171 Dn 5,19.

171 Zatem zamiast tej nędznej przeszłości, co ma nadejść? Czym jest to nowe wino, które będzie z nami pił w Królestwie swego Ojca? Po pierwsze, prawdziwi i pełni święci Boga mają zająć miejsce częściowych świętych starego prawa, świętych z głowami ze złota i stopami z gliny. Dusze mają narodzić się ponownie w chrzcie, a nie być tylko opieczętowane przez obrzezanie i mają być oczyszczone, zanim będą mogły obarczyć się jakąkolwiek własną rzeczywistą winą. A wiele z nich zachowa swą chrzcielną niewinność i pójdzie, ubranych w białe szaty, przed Boga, który im ją dał. Inni znów stracą ją, ale znów odzyskają i dzięki mocy bezcennej Krwi wejdą na wyżyny, o których Jakub i Dawid nigdy nawet nie śnili. Powstając ze snu, nasycić się widokiem Pana172 było najwyższą ambicją człowieka według Bożego serca173. Być nie tylko jak Chrystus, ale jedno z Nim, to nadzieja chrześcijanina. Już nie ja żyję - powie nowy święty i będzie to prawda - lecz Żyje we mnie Chrystus174. Następnie, zamiast dawnego kultu krwi i cierpienia nastanie bezkrwawa Ofiara i Ofiara czysta175, w której będzie cała moc i ofiara przebłagalna Kalwarii bez jej
172 173 174 175 Ps 17,15. Por. 1 Sm 2, 35. Ga 2, 20. Ml 1,11.

172 bólu, cała chwała bez poniżenia. A wreszcie, w miejsce dawnej zamkniętej rasy Izraela nastanie Kościół wszystkich narodów i języków, jedna szeroka społeczność, wszystkie ściany zostaną zburzone i wszystkie podziały zniesione, powstanie jedna niebiańska Jerozolima, która będzie matką nas wszystkich. To właśnie zamierzył Chrystus, kiedy zawołał: Wykonało się176. Spójrzcie, to, co dawne, minęło! Spójrzcie, Ja sprawiłem, że oto wszystko stało się nowe!177 A teraz zobaczmy, na ile się to wypełniło. Gdzie jest we mnie nowe wino Ewangelii? Mam wszystko, co Bóg może mi dać ze swego tronu na Kalwarii. Mam prawdę, którą ogłosił i łaskę, którą uwolnił. Jednak czy jest we mnie, aż do dziś, choćby jeden przebłysk tego, co rozumiemy przez pojęcie świętości? Czy jestem choćby w znacznej odległości od świętych, którzy nie znali Chrystusa? Czy kiedykolwiek walczyłem jak Jakub, albo szlochałem jak Dawid? Czy moja religia kiedykolwiek uniosła mnie, by tak rzec, ponad niski poziom radości na dostojne wzniesienia cierpienia? Czy to możliwe, że we mnie stare nie odeszło, dawny człowiek

176 J 19,30. 177 2 Kor 5,17.

173 jeszcze nie umarł, a nowy człowiek jeszcze nie został przyobleczony,?178 Czy ta nowa Ofiara jest światłem mego życia codziennego? Czy zrobiłem coś, oprócz opóźniania wzrostu Kościoła Chrystusowego, coś oprócz obniżania jego standardów, na tyle, na ile jestem w stanie, na moim niskim poziomie? Czy istnieje teraz na świecie jakaś dusza, która zawdzięcza swoje nawrócenie moim wysiłkom? Dlaczego, kiedy patrzę na swoje życie i przyglądam mu się w Jego Obecności, wydaje się, jakbym nie robił nic poza rozczarowywaniem Go przez wszystkie moje dni! On wołał, jak diakon własnej Ofiary: Idź! Dokonało się! Ite, missa estl Ofiara tutaj jest skończona. Idź w jej mocy, aby żyć życiem, które umożliwia! Obym zaczął przynajmniej dzisiaj, skończywszy z moimi dawnymi kompromisami, zmiennością, i wykrętami. Ite, missa est! SIÓDME SŁOWO Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego - Łk 23,46. Zawołał donośnym głosem, a skały odbijają jego echo, a ziemia drży, a zasłona Starego Testamentu rozdziera się od góry do dołu, kiedy Stare Przymierze prze178 Ef 4, 22-24.

174 chodzi w Nowe i zamknięta świętość Świętego Świętych wyzwala się na świat. A teraz, kiedy spokojne słońce zaczyna znowu przeświecać spoza zasłony chmur, szepcze, jak u kolan Maryi w Nazarecie, starą dziecięcą modlitwę i oddaje swego ducha w ręce swego Ojca. Został zatem wypowiedziany ostatni paradoks. Ten, który zbawia innych, nie może zbawić samego siebie! Pasterz dusz wyrzeka się własnej duszy. Bowiem tak, jak nie możemy zachować swego życia, jeśli go nie utracimy przez wzgląd na Niego, tak samo On nie może go ocalić, jeśli nie utraci swojego przez wzgląd na nas. Jest to zatem tylko podsumowanie wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej, to słowo Finis, wypisane na końcu tej nowej księgi życia, którą On napisał swoją Krwią. To milczenie białej przestrzeni na końcu ostatniej strony. Jednak to także ostatni akt, który nadaje wartość wszystkiemu, co go poprzedziło. Gdyby Chrystus nie umarł, nasza wiara byłaby próżna. O, te nowe teologie, które widzą w śmierci Chrystusa jedynie koniec Jego życia! Dlaczego? Przecież samym sednem i punktem kulminacyjnym Jego życia jest to, że powinien je oddać! Tak jak Samson, ten dziwny prototyp uzbrojonego silnego człowieka, zabił więcej wrogów 175 naszych dusz przez swoją śmierć, niż przez całe swoje pełne łaski życie.

Na to przyszedł On na świat179. Bowiem Ofiara, która jest samym sercem ludzkiego instynktownego kultu Boga, została tam umiejscowiona w sposób nieprzemijający, aby zaświadczyła o Jego Ofierze i została zatwierdzona przez tę Ofiarę, która jako jedyna mogła prawdziwie zabrać grzechy. Zaprzeczyć temu albo to ukryć oznacza tyle, co zaprzeczyć lub ukryć całą historię ludzkości, od śmierci Abla do śmierci Chrystusa, zaprzeczyć lub ukryć znaczenie każdego baranka, który krwawił w świątyni i każdej ofiary wina wylewanej przed Świętym Świętych, zaprzeczyć lub ukryć (jeśli tylko zechcemy dotrzeć do korzeni sprawy) wolną wolę człowieka i miłość Boga. Gdyby Chrystus nie umarł, nasza wiara byłaby próżna. Zatem raz jeszcze zwróćmy się ku temu wydarzeniu w naszym życiu, które je zamyka, ku tej śmierci, która, zjednoczona ze śmiercią Chrystusa, jest naszym wejściem w wolność, a odłączona - największym okropieństwem istnienia. Bez Chrystusa bowiem śmierć jest gwałtownym przerwaniem życia, wprowadzającym nas w nową egzy179 J 18,37.

176 stencję, o której nic nie wiemy, albo w ogóle w brak egzystencji. Bez Chrystusa jakkolwiek wielkie by nie byty nasze nadzieje, jest ona w najlepszym razie raptowna, przerażająca, szokująca i druzgocąca, a w najgorszym - spokojna, jak tylko spokojna jest śmierć zwierzęcia. Jednak z Chrystusem śmierć jest harmonijna i stanowi ciągłość ze wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, ponieważ jest ostatnim poruszeniem życia, które już umarło razem z Chrystusem180, ostatnim stadium śmiertelnego procesu i to stadium, które kończy jego cierpienie. Jest tylko jedną więcej przejściową fazą, zmieniającą klucz tej muzyki, którą każde święte życie zawsze gra przed Bogiem. Zatem istnieje wybór. Możemy, jeśli chcemy, umrzeć walcząc do końca z mocą, która musi nas pokonać, jakkolwiek byśmy nie walczyli, opierając się nieodpartemu. Albo możemy umrzeć w letargicznej rezygnacji, jak umierają psy, bez nadziei, czy żalów, ponieważ przeszłość bez Chrystusa jest tak samo bez znaczenia, jak przyszłość. Albo możemy umrzeć tak jak Chrystus i z Nim, oddając ducha, który pochodził od Ojca, z powrotem w Jego ojcowskie ręce, zadowoleni, że Ten, który przywiódł nas na świat, spotka nas, kiedy znów go opuścimy,
180 Rz 6,8.

177 ufni, że tak jak nić Jego celu jest wyraźna w życiu ziemskim, tak będzie ona błyszczeć jeszcze wyraźniej w życiu przyszłym. Zatem ostatnie spojrzenie na Jezusa pokazuje nam bruzdy starte z Jego twarzy i cierpienie zmyte z Jego oczu. Oby nasze dusze i dusze wszystkich wiernych zmarłych spoczęły w Nim dzięki Jego miłosierdziu! 179 ROZDZIAŁ XI ŻYCIE I ŚMIERĆ

Niby umierający, a oto żyjemy - 2 Kor 6, 9. Rozważyliśmy dotąd pewną liczbę paradoksalnych zjawisk ukazanych w życiu katolicyzmu i próbowaliśmy znaleźć ich rozwiązanie w tym, że Kościół katolicki jest zarazem ludzki i Boski. Na przykład w swej walce o Boski i nadprzyrodzony pokój, którego tajemnicę tylko on posiada, Kościół opiera się aż do przelewu krwi wszelkim ludzkim próbom zastąpienia go innym. A znów jako społeczność ludzka korzysta swobodnie z ludzkich możliwości i pomocy, z ziemskiego i stworzonego piękna, aby przekazywać swoje przesłanie. Może jednak przetrwać, jak żadna inna ludzka społeczność, kiedy jest pozbawiony swych ludzkich praw i swego nabytego bogactwa. Jako ludzki, Kościół może zaliczyć wielu grzeszników ze świata pomiędzy swoje dzieci, jednak jako 180 Boski - wydaje świętych. Jako Boski, opiera całą swoją ewangelię na Objawieniu, które można pojąć jedynie poprzez wiarę, jednak jako ludzki angażuje najżywsze i najgłębsze intelekty dla analizy i propagowania tego Objawienia. W tych i wielu innych podobnych kwestiach próbowano pokazać, dlaczego Kościół stawia przed ludzkim krytycyzmem raz jeden aspekt, a raz drugi i jak to jest, że stawiane mu zarzuty stają się, kiedy przyjrzeć im się w świetle dwoistego prawa Kościoła, rzeczywistymi mandatami i argumentami na rzecz owego prawa. Wreszcie, w medytacjach nad Siedmioma Słowami Chrystusa, rozważyliśmy bardzo krótko, jak w godzinach najgłębszego upokorzenia Jego człowieczeństwa, objawiał On wciąż na nowo cechy swej Boskości. Pozostaje teraz rozważyć tę kwestię, w której Kościół najbardziej manifestuje swoją dwoistą naturę, a równocześnie przedstawia, jako rodzaj punktu kulminacyjnego, według ludzkich uwarunkowań, swoją tożsamość z Tym, który - sam Pan życia zwyciężył śmierć przez poddanie się jej, a przez swoje powstanie z martwych ukazał się jako pełen mocy Syn Boży181. Śmierć, mówi nam świat, jest ostatecznym końcem wszystkiego i jedynym powszechnym prawem, od które
181 Rz 1,4.

181 go nie można się uchylić. I jest to prawda, nie tylko co do jednostki, ale co do społeczności, narodów, cywilizacji, a nawet, wydawałoby się, w końcu co do samego życia fizycznego. Zatem wszelką energię życiową, którą posiadamy, można skierować nie na zniesienie, a jedynie na opóźnienie tego ostatecznego całkowitego końca, do którego musi wreszcie dojść nawet najbardziej ekstatyczna stworzona harmonia. Nasi lekarze nie mogą nas uzdrowić, mogą jedynie na chwilę odegnać śmierć. Nasi mężowie stanu nie mogą ustanowić wieczystej federacji, mogą tylko pomóc utrzymać nieco dłużej w całości popadające w ruinę społeczeństwo. Nasza cywilizacja nie może naprawdę wydać nieśmiertelnego nadczłowieka, może jedynie uczynić zwyczajne człowieczeństwo nieco mniej śmiertelnym, tymczasowo i czysto zewnętrznie. Śmierć zatem, w opinii świata, jest tym z przeciwników, który musi wygrać pojedynek. Możemy stosować parady, uchylać się, nieco odskakiwać, możemy nawet nacierać na nią i

zdawać się zagrażać jej istnieniu. Istotnie nasza energia musi być skoncentrowana na tym konflikcie, jeśli w ogóle mamy przetrwać. Ale w najlepszym razie jest to jedynie pozór. Musi nadejść chwila, kiedy, przyparta do muru, nasza ostatnia obrona osłabnie... i śmierć musi jedynie wytrzeć swój miecz. 182 Postawa Kościoła katolickiego wobec śmierci jest nie tylko najjaskrawszym odwróceniem polityki świata, ale także najbardziej paradoksalną ze wszystkich jego metod. Kiedy bowiem świat próbuje trzymać śmierć na dystans, Kościół usiłuje wziąć ją w objęcia. Tam, gdzie świat wyciąga miecz, aby zmierzyć się z atakiem śmierci, Kościół otwiera szeroko swoje serce, aby ją przyjąć. Kościół jest zakochany w śmierci, nie odstępuje jej na krok, oddaje jej honory, wychwala ją. Umieszcza nad swymi ołtarzami nie Zmartwychwstałego Chrystusa, a umierającego. Jeśli chcesz być doskonały - woła do każdej duszy - porzuć to, co posiadasz i chodź za mną182. „Porzuć wszystko, co czyni życie wartym życia, pozbaw się wszelkich atutów, które podtrzymują twoje życie, wszystkiego, co czyni cię rzeczywistym." To właśnie jest najważniejszy apel Kościoła, ze wszystkimi jego następstwami, faktycznie nie wypowiedziany do wszystkich dzieci Kościoła, ale jedynie do tych, które pragną doskonałości. W pewnym sensie jednak ten apel jest do wszystkich. Umieraj każdego dnia183, umieraj dla siebie, umartwiaj się, oddawaj, poddawaj się. Kto chce zachować swoje życie, straci je184.
182 Mt 19, 21. 1831 Kor 15, 31. 184 Mt 16, 25.

183 Tak też w kontaktach Kościoła ze społeczeństwem, świat, który jest zakochany we własnym sposobie życia, osądza politykę Kościoła jako samobójczą. Tb samobójstwo, woła świat, zrezygnować we Francji ze wszystkiego, od czego zależy doczesne życie Kościoła. Jak bowiem może przetrwać taka społeczność, która wyrzeka się środków swej egzystencji? Tb samobójstwo, żądać dziewiczego życia od najszlachetniejszych z jego dzieci, samobójstwo - porzucić sprawę monarchii w jednym kraju, a stawać w opozycji do republikańskich ideałów w innym. Bowiem, poza wszystkim, nawet Kościół jest ludzki i musi dostosować się do ludzkich uwarunkowań. Nawet on, jakkolwiek dostojne są jego prawa, musi układać się ze światem, jeśli chce w nim żyć. Komentarz ten dotyczy działań Kościoła w każdym okresie historycznym. Kościół potępił Ariusza, kiedy można było z pewnością pójść na niewielki kompromis - i utracił połowę swych dzieci. Potępił Lutra i stracił Niemcy, Elżbietę - i stracił Anglię. W każdym kryzysie dokonywał złego wyboru, ustępował, kiedy powinien był się opierać, opierał się, kiedy powinien był ustąpić. Cudem jest, że w ogóle przetrwał. Tak, to jest cud. Niby umierający, a oto żyje185.
185 2 Kor 6,9.

184 Odpowiedź jest oczywiście prosta. Kościół nie pragnie tego rodzaju życia, jakie świat

uważa za jedyne, które w ogóle jest życiem. Dla Kościoła to wcale nie jest życie. Kościół pragnie oczywiście przetrwać jako społeczność ludzka i ma zagwarantowane, że zawsze będzie trwał w tej postaci. Jednak to nie według zwykłych uwarunkowań zwykłej społeczności pragnie przetrwać. To nie naturalnego życia jest żądny, życia, które czerpie swoją siłę z ludzkich uwarunkowań i ludzkiego środowiska, a zatem życia, które ma swoje przypływy i odpływy, zgodnie z tymi ludzkimi uwarunkowaniami, a wreszcie spotyka swój koniec, ale życia nadprzyrodzonego, które czerpie swą siłę z Boga. Kościół uznaje za jeden z najbardziej fundamentalnych paradoksów, że takie życie można zdobyć i utrzymać jedynie poprzez to, co świat nazywa „śmiercią". Kościół nie chce zatem jedynie życia zamożnego ludzkiego państwa, czy to monarchii, czy republiki. Są rzeczywiście w jego historii okresy, kiedy taki dodatek do jego rzeczywistej egzystencji jest użyteczny dla skuteczności Kościoła. Ma on też oczywiście, tak jak inne społeczności, prawo do ziemskich posiadłości, które można zdobyć i podarować jemu oraz jego dzieciom. Za pośrednictwem swych duchownych, jak w Paragwaju, może czasowo administrować zwykłymi, cywilnymi 185 sprawami ludzi, którzy zdecydowali się być lojalni wobec jego rządów. Jednak jeśli choć przez jedną chwilę taka odpowiedzialność miałaby naprawdę zagrażać jego duchowej skuteczności - to jest, jeśliby naprawdę postawiono przed Kościołem wybór pomiędzy władzą duchową a ziemską - Kościół pozwoliłby wszystkim królestwom świata odejść w jednej chwili, aby utrzymać swoje królestwo od Boga. Chętnie wyzułby się ze wszystkiego186, aby zachować Chrystusa. Jakże można choćby przez moment zaprzeczać, że jego sukces jest zdumiewający i przytłaczający - to owocowanie życia poprzez śmierć. Czy są na przykład jakieś jednostki ludzkie, które były bardziej skuteczne i wpływowe niż święci Kościoła - mężczyźni i kobiety, by tak rzec, którzy każdego dnia umierali187, aby naprawdę żyć? Tb prawda, że nie prosperowali jako, powiedzmy, biznesmeni, dyrektorzy firm, czy urzędnicy rządowi, ale taki sukces po prostu nie jest ideałem, jaki Kościół ma dla nich, nie jest ich własnym ideałem dla samych siebie. Tb jest dokładnie ten rodzaj życia, dla którego oni z reguły zdecydowanie i wytrwale umierali. Jednak ich skuteczność w tym świecie wcale
186 Flp 3,8. 1871 Kor 15,31.

186 nie była mniejsza. Czy pamięta się o jakichś królach tak, jak o żebraku Labre188, który obgryzał kapuściane głąby w rynsztokach Rzymu? Czy imiona jakichś mężów stanu sprzed, dajmy na to, nawet stu lat, są szanowane i powtarzane tak, jak imię tej kobiety z Hiszpanii zwanej Teresą od Jezusa, która czterysta lat temu zarządzała kilkoma zakonnicami za murami klasztoru? Czy jacyś muzycy lub artyści są dziś uwielbiani z takim zachwytem, jak Boży mały trubadur imieniem Franciszek, który grał dla siebie i dla aniołów, pocierając jednym patykiem o drugi? Albo znów czy istnieje jakieś królestwo, które świat kiedykolwiek widział tak wielkim, tak lojalnie zjednoczonym wewnętrznie, tak powszechnym, a jednak tak rygorystycznym, jak to duchowe królestwo, którego stolicą jest Rzym? Czy jest jakiś naród tak żarliwy w swym patriotyzmie, jak ten, który jest ponadnarodowy? Ziemscy królowie

przemawiają ze swych tronów i co się dzieje? A stary człowiek w Rzymie, który nosi trzy korony na głowie189 przemawia ze swego więzienia w Watykanie190 i rozbrzmiewa tym cała ziemia.
188 Mowa o św. Benedykcie Józefie Labre (1748-1783) - przyp. red. 189 Papieska tiara składa się z trzech koron - przyp. red. 190 Po odebraniu papieżowi, przez jednoczące się pod egidą masonerii Włochy, władzy nad Wiecznym Miastem 20 września 1870 roku, Pius IX i jego następcy aż do roku 1929, kiedy postało państwo Miasta Watykańskiego, uznawali się za więźniów Watykanu - przyp. red.

187 Czy zatem, poza wszystkim, polityka Kościoła jest aż tak samobójcza? Z punktu widzenia świata nigdy nie była inna. Historia Kościoła stanowi jedynie długi szereg przykładów ofiary ludzkich działań i doczesnych możliwości. Kościół usunął spośród swych uczniów najbardziej błyskotliwe ze swoich dzieci, uciszył lub odizolował najbardziej wymownych ze swych obrońców. Odciął się od wszystkiego, co powinien był zatrzymać, a pochwycił w objęcia wszystko to, z czego powinien był zrezygnować! Nie robił nic poza umieraniem! Nie robi nic poza życiem! Zwróćmy się zatem ku życiu jego Pana w poszukiwaniu rozwiązania tej zagadki. W zeszłym tygodniu191 miał On umrzeć. Tracił stopniowo wszystko, co wiązało Go z życiem. Rzesze, które szły za Nim do tamtej chwili, opuściły go pojedynczo i grupami - ci, z których mógł sformować swoje armie, aby osadziły Go na tronie Jego ojca Dawida. Nielojalność znalazła drogę nawet pomiędzy Jego wybraną strażą przyboczną i już Judasz targuje się o cenę za krew swego mistrza. Nawet najbardziej lojalni ze wszystkich są skonsternowani, a kiedy miecze
191 Kazanie to zostało wygłoszone w Niedzielę Wielkanocną - przyp. aut.

188 błysnęły w ogrodzie Getsemani, opuszczą Go i uciekną192. Kilka tygodni temu w Galilei tysiące opuszczały Go po raz ostatni. A kiedy grupa wydawała się zbierać ponownie, On zapłakał! Wreszcie ofiara była całkowita, a On wyrzekł się z własnej woli, jednej za drugą, wszystkich więzi, które trzymały Go przy życiu. A potem, w sam Wielki Piątek, znosił to, że piękność Jego twarzy została oszpecona193, tak, że nikt już nigdy nie będzie Go pragnął, ucichła melodia głosu, który złamał tak wiele serc i na nowo je scalił. Rozpostarł swoje ręce pasterza, którymi mógł przygarniać swoje owce do piersi i stopy, które mogły Go zanieść na pustynię, aby szukać tej, która się zabłąkała194. Czy kiedykolwiek było takie samobójstwo, jak to, taka utrata szczytnych nadziei, taka ruina wszystkich ambicji, umieranie tak całkowite i nieodwracalne, jak umieranie Jezusa Chrystusa? A teraz, w dzień Wielkanocny, spójrzcie raz jeszcze na Niego i zobaczcie, że żyje jak nigdy przedtem. Zobaczcie, jak życie, które było Jego życiem przez trzydzieści lat, życie Boga uczynionego człowiekiem, blednie i staje się niemal urojeniem wobec chwały tego samego życia, przemienionego przez śmierć. Trzy dni temu osłabł pod
192 Mk 14, 50. 193 Iz 52, 14. 194 Mt 18, 12.

189 chłostą i gwoździami. Teraz pokazuje blizny swej Męki, jako symbole nieśmiertelnej siły. Trzy dni temu przemawiał ludzkimi słowami tylko do tych, którzy byli blisko Niego i ograniczył samego siebie, według ludzkich uwarunkowań czasu i przestrzeni. Teraz przemawia w każdym sercu. Trzy dni temu dał swoje Ciało tym nielicznym, którzy klęczeli przy Jego stole. Dziś w dziesiątkach tysięcy tabernakulów to samo Ciało może być czczone przez każdego kto przychodzi. Jednym słowem, zamienił życie naturalne na nadprzyrodzone, od razu na wszystkich płaszczyznach. Zrezygnował z naturalnego życia swego Ciała, aby na powrót przyjąć na zawsze Ciało, które stało się nadprzyrodzonym. Umarł, aby Jego życie mogło zostać uwolnione. Skończył, aby rozpocząć. Łatwo jest zatem zobaczyć, dlaczego Kościół każdego dnia umiera195, dlaczego jest zadowolony, kiedy zostanie ogołocony ze wszystkiego, co czyni jego życie skutecznym, dlaczego także pozwala, aby jego ręce zostały związane, nogi - skute, piękność oszpecona, a głos - uciszony, na tyle, na ile mogą to uczynić ludzie. Kościół jest ludzki? Tak, zamieszkuje w ciele, które jest przygotowane dla niego, ale przygotowane głównie po to, aby mógł
195 1 Kor 15, 31.

190 w nim cierpieć. Jego sięgające daleko ręce nie są jego tylko po to, by mógł opatrywać tych, co mają złamane serca, ani jego szybkie stopy nie należą do niego tylko po to, by mógł biec na pomoc ginącym, ani jego głowa i serce nie są jego tylko po to, żeby mógł rozmyślać i kochać. Cały ten wrażliwy ludzki organizm należy do niego, aby w końcu mógł w nim cierpieć, krwawić z tysięcy ran, zostać w nim podwyższony, aby przyciągnął wszystkich ludzi do swego krzyża. Kościół nie pragnie zatem na tym świecie tronu swego praojca Dawida196, ani takiego triumfu, jaki pod tym pojęciem rozumie świat. Kościół pragnie tylko jednego życia i jednego triumfu - zmartwychwstałego życia Zbawiciela. To właśnie ostatecznie jest transfiguracja człowieczeństwa Kościoła mocą jego Boskości oraz potwierdzenie ich obu.
196 Łk 1,32.